Przez cały ostatni miesiąc rozmyślałam nad sprawą Chikyuu. Często przechadzałam się parkiem, aby przy okazji sprawdzić, czy wiśnia kwitła, jednak za każdym razem zastawałam ją z łysymi gałęziami. Czasem słyszałam komentarze od przechodniów twierdzących, że to drzewo powinno zostać ścięte i że tylko brzydziło krajobraz.
Przypomniałam sobie, co mówił Mizu na temat panowania nad żywiołem, że nie da się go zupełnie okiełznać. Kasai zarzucał mu, że nie radził sobie z tą mocą, ale może rzeczywiście Chikyuu miała jeszcze większe kłopoty. Zastanawiałam się, dlaczego nie zawierzy jej komuś innemu – na przykład Olivierowi, z którym miała tak dobrą relację – skoro Wieczna Wiśnia tej roli już raczej nie spełni. Nie rozumiałam też, w jaki konkretnie sposób Akane zamierzała przywrócić wiśnię do rozkwitu. Miałam tylko nadzieję, że moc Chikyuu nie wyrządzi wielkich szkód.
~*~
– No dalej, Tsuki, przecież umiesz to zrobić. Przed chwilą ci tłumaczyłem – odparł z ciepłym uśmiechem Kaito, z którym ślęczałam nad matematyką.
Mieliśmy trochę czasu po zajęciach, a Kaito zaproponował wspólną naukę. Tym razem to ja miałam problem z matmą, więc się zgodziłam. Korzystając z pięknej pogody, uczyliśmy się na szkolnym dziedzińcu skąpanym w wiosennym słońcu.
– Ach tak, przepraszam… – zakłopotałam się.
– Ostatnio jesteś taka rozmarzona, zamyślona.
– Dużo się dzieje…
– Zakochana?
Spojrzałam na niego z zaskoczeniem. Wpatrywał się we mnie spokojnie, ale nie potrafiłam nic wyczytać z tych tajemniczych, szarozielonych oczu. Jego piegi wydawały się bardziej widoczne w promieniach słońca.
– Ten… Mizu Yousu, nie mylę się? Ostatnio często was razem widzę…
Milczałam, czując, jak moja prywatność została mocno naruszona. Wiedziałam, że kiedyś musiało dojść do tej rozmowy, jeśli Kaito wciąż będzie żywił do mnie jakieś uczucia, ale nie sądziłam, że nastąpi to tak bezpośrednio. Wpatrywałam się w niego z lekko rozchylonymi ustami, jakby ktoś odłączył mi mózg.
Kaito odwrócił wzrok.
– Przepraszam, nie powinienem zadawać tego pytania – wymamrotał, poważniejąc, ale za chwilę znów się uśmiechnął – W każdym razie życzę wam dobrze, Izumi. Znaczy, Tsuki! Aj, przepraszam…
Zakłopotałam się jeszcze bardziej, ale zdobyłam się wreszcie na wypowiedzenie paru słów:
– Nie szkodzi, Yukimura. Chciałbyś, żebyśmy mówili do siebie po imieniu?
Zerknął na mnie, po czym znów nieśmiało odwrócił wzrok.
– Ale wtedy jeszcze bardziej się do ciebie przywiążę… – odparł z tym swoim uśmieszkiem – Dobra, chemię odłóżmy na bok, wróćmy do matematyki. Wytłumaczyć jeszcze raz?
– N-nie, wszystko już rozumiem…
Przez króciutką chwilę wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem w milczeniu, a potem zaczęłam skrobać rozwiązanie zadania.
~*~
Przypomniawszy sobie tę rozmowę później, byłam na siebie zła, bo ostatecznie nie wypowiedziałam się na temat swoich uczuć, a Kaito teoretycznie mógł pomyśleć, że to w nim byłam zakochana. Z kolei milczenie mogło oznaczać zgodę… Żałowałam, że nie postawiłam sprawy jasno. Teraz będę się zadręczała spekulacjami, jak odebrał całą tę sytuację.
Po drodze powrotnej do domu odwiedziłam jeszcze jezioro, aby złożyć ofiarę. Zostałam chwilę przy jego brzegu, podziwiając kwitnącą naturę wokół. Pomyślałam, jak Chikyuu tworzyła każde źdźbło jasnozielonej trawy albo każdy biały płatek stokrotki, muśnięty lekkim różem. Stworzyła je, a później dała im zdolność rozprzestrzeniania się prawie po całej planecie. Zdałam sobie sprawę, że być może było to jej kolejne dzieło, które wymknęło się spod kontroli.
W tafli wody coś zafalowało, a potem wynurzyła się z niej niebieska czupryna.
– Dzień dobry – powitał mnie ochoczo Mizu.
Ostatnio był wesoły i energiczny, zdecydowanie odżył. Najwidoczniej pomogła mu taktyka, którą obrał – zaakceptowanie tego, co nieuniknione i przyzwyczajanie się do nowego życia zwykłego śmiertelnika. Nie mogłam się nadziwić, z jakim zapałem towarzyszył mi w nauce i z jaką ciekawością chłonął różne zagadnienia albo jak wciągnęła go technologia. Poważnie, niedawno po powrocie ze szkoły przyłapałam go w moim domu, a przyszedł tam głównie dlatego, że chciał pooglądać telewizję i skorzystać z wi-fi…
– Hej – odparłam z lekkim uśmiechem.
Mizu wyszedł z jeziora, a następnie usiadł tuż obok mnie. Machnął ręką, żeby się osuszyć.
– A co ty taka, hm… zamyślona? – zagadnął.
– No nie, następny – mruknęłam – Myślałam o Chikyuu. Wiadomo, co z nią się dzieje?
– Niczego nowego się nie dowiedziałem – westchnął.
Od tamtego czasu żadne z nas nie widziało pani ziemi. Słyszałam tylko od Kage, że nie wychodziła zbyt często z Podziemia ze strachu, że na powierzchni jej moce znów staną się nie do opanowania. Martwił się, że wolała siedzieć w ciemnościach, spętana lękiem zamiast wyjść na światło dzienne i zmierzyć się z samą sobą. Opowiedział to z takim wyrazem twarzy, jakby dawał do zrozumienia, że sam kiedyś przeszedł coś podobnego.
– A czemu powiedziałaś: następny? Ktoś cię już dzisiaj o to pytał? – zaciekawił się Mizu.
– Kaito Yukimura – odpowiedziałam, spoglądając na niego.
Wykonał jakiś ledwo zauważalny ruch którymś mięśniem twarzy, zmieniając nieco jej wyraz.
– Ach, ten typ. Często widzę go szwendającego się obok ciebie, jak przychodzę odprowadzić cię do domu po szkole.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. W jego głosie była jakaś gorzka doza zazdrości, którą zdecydowanie niepotrzebnie odczuwał. Nie byliśmy razem, ale ostatnio czułam, że się do siebie zbliżyliśmy, a Mizu starał się, jak mógł, by poznać mnie od nowa – tak, jakby nasze losy wcale nie splotły nadnaturalne wydarzenia, a zupełnie przeciętne spotkanie dwojga ludzi.
Oparłam głowę na ramieniu Mizu, utkwiwszy wzrok w tafli jeziora mieniącej się w promieniach słońca.
– Przypomnij, kiedy idziemy do Kuuki? – zagadnęłam, zmieniając temat.
Poczułam, jak jego ramię nieco się rozluźnia, jak gdyby puściło go napięcie.
– Zaprosiła nas na następną sobotę – odparł – Póki co przybycia nie potwierdziła tylko Chikyuu…
Kuuki bardzo zaangażowała się w zacieśnianie lub budowanie na nowo więzi pomiędzy rodzeństwem, więc postanowiła zorganizować Dzień Koegzystencji, święto współistnienia wszystkich czterech żywiołów. Z tej okazji miało się odbyć przyjęcie, na które zaproszono istoty wykreowane przez rodzeństwo, szczególnie hybrydy będące wynikiem ich współpracy przy dziele stworzenia. Kuuki mówiła, że chciała w ten sposób uśmierzyć rywalizację panująca między nimi i pozbyć się myślenia o wspólnie stworzonych istotach jako o plagiacie czyjegoś pomysłu. Wierzyłam w dobre intencje Kuuki, ale zastanawiałam się, co sądziła o tym Chikyuu.
Lokalizację przyjęcia z okazji Dnia Koegzystencji pani powietrza opisała jako miejsce służące jej przed laty za siedzibę, ale już od dawien dawna niepełniące tej funkcji. Stwierdziła, że było jeszcze za wcześnie na zdejmowanie z obecnych siedzib prawa uniemożliwiającego odwiedzanie ich przez władców pozostałych żywiołów, a Mizu i Kasai jednogłośnie podtrzymywali zdanie, że tego prawa nie powinno się zmieniać nigdy. Ponoć kryła się za tym jakaś historia, o której, jak mówił Mizu, miałam okazję dowiedzieć się na przyjęciu.
Na to wydarzenie została zaproszona również Sabine z racji pełnionej funkcji powierniczki mocy Kasai’a. Ucieszyła się i zaproponowała wspólne wybieranie strojów, w jakich tam się pokażemy. Tym razem nie poszłyśmy na zakupy, a zdecydowałyśmy iść w tym, co już miałyśmy. W moim przypadku wybór był szybki – pomyślałam o morskiej sukience, którą dostałam od Mizu. Sabine chciała założyć coś eleganckiego, ale i funkcjonalnego, bo, jak przestrzegła nas Kuuki, w miejscu uroczystości będzie już noc, a Sabine przybierze postać pół-smoczycy.
– Coś ciemnego i długiego, żeby przykryć te okropne pazury u stóp – mruczała pod nosem, przeglądając zawartość swojej szafy.
– Może jakiś top i długa spódnica? – podsunęłam.
– Hm… Mam taką, ale niestety nie przykryje stóp. Z drugiej strony nie chciałabym również się potykać… ale zawsze mogę latać.
Ostatecznie wybrałyśmy dla niej długą, czarną sukienkę – prostą i klasyczną, a uroku dodawały jej czerwono-złote zdobienia u góry.
Tym razem wybór stroju odgrywał większą rolę, bo Kuuki uznała, że powinien on odpowiadać danemu żywiołowi albo kilkorgu jednocześnie, aby utożsamić się z ideą współistnienia. Widząc powagę przygotowań, zaczęłam odczuwać lekką tremę przed przyjęciem.
W nocy z piątku na sobotę prawie nie zmrużyłam oka z narastającego stresu. Przynajmniej w szkole odciągnęłam myśli od przyjęcia, przechodząc w tryb kujona i chłonąc wszelką wiedzę z zajęć. Zostałam nawet chwilę po lekcjach, żeby pomóc w sprzątaniu.
W domu stres wrócił ze zdwojoną siłą. Było mi wstyd z myślą, że znowu okłamywałam rodziców, bo powiedziałam im, że nocuję u Sabine. Musiałam poprzeć to kłamstwo kolejnym, mianowicie, że jej ojciec miał wyjechać na kilka dni i zostaniemy z jej ciotką. Rodzice niezbyt chcieli puszczać mnie do Okawów po tym, jak dowiedzieli się, że ojciec Sabine był alkoholikiem. Teraz jednak oboje byli jeszcze w pracy, a więc przynajmniej nie zadawali dodatkowych pytań o moje dzisiejsze wyjście. Z tego, co mówili, mieli dzisiaj zostać dłużej w szpitalu, bo sytuacja tego wymagała.
Umówiłam się z Mizu, że wpadnie po mnie około trzeciej, więc do tego czasu łaziłam nerwowo po domu, ubrana w morską sukienkę, zastanawiając się, co zrobić z włosami. Wędrowałam od lustra do lustra, co chwila z nową koncepcją. Wreszcie zatrzymałam się przy lustrze w przedsionku, testując różne warianty upięcia włosów na bok. Przesuwając palcami po skórze czoła, w pewnym momencie poczułam chłód bijący spod opuszków i odsunęłam rękę. Na tle moich czarnych włosów pojawił się jasny kształt przybierający postać bladoniebieskiej śnieżynki spinającej grzywkę na bok. Reszta włosów ułożyła się wdzięcznie na ramionach, a ja ujrzałam niebieską czuprynę w odbiciu lustra.
– Może tak? Chociaż nie chciałbym burzyć twojej koncepcji – podsunął Mizu z lekkim uśmiechem na ustach.
Odwróciłam się.
– Dziękuję, tak jest… pięknie – dokończyłam, komentując nie tylko lodową spinkę, ale i kreację Mizu.
Wyglądał jak książę. Był ubrany w elegancką, turkusową koszulę z zieloną falbaną przy szyi oraz mankietach, imitującą wodorosty. Pod kołnierzem przyszyta była perła mieniąca się srebrem, turkusem i delikatnym różem, jak drogocenny klejnot. Podobne pełniły funkcję spinek do mankietów oraz przyszyte były po bokach koszuli wraz z falbaniastymi wodorostami. Nosił spodnie w delikatnym odcieniu błękitu przywodzącym na myśl spokojne morze w słoneczny poranek, a stopy przyodział w wysokie buty w turkusowym kolorze ozdobione u góry wodorostami, a przy kostkach perłami. Cały ubiór zwieńczała granatowa peleryna pokryta szronem, z przypominającym śnieżną zaspę puchem przy szyi oraz na samym jej wykończeniu u dołu, tak jakby właśnie w tym miejscu przymarzła.
Gdy skończyłam podziwiać tę kreację, zdałam sobie sprawę, że Mizu przez ten czas równie długo gapił się na mnie. Jesteśmy kwita.
– Ekhym, to drobiazg – odchrząknął, drapiąc się po karku – Jeśli chcesz, mógłbym dorzucić ci podobną pelerynę do mojej. Myślałem, że moglibyśmy w ten sposób dopasować się do siebie pod względem ubrań. Znaczy, już tak jest, to byłby tylko dodatek.
– Jasne – zgodziłam się, bo peleryna mi się podobała, a sam fakt, że Mizu wpadł na taki pomysł, rozczulił mnie.
Położył obie dłonie na moich ramionach, by chwilę później je zabrać i ustąpić miejsca formującemu się materiałowi. Poczułam przyjemny puch wokół szyi, a następnie odwróciłam się, by obejrzeć efekt. Staliśmy obok siebie, odbijając się w lustrze, wyglądając z tymi pelerynami jak królewska para. Uśmiechnęłam się do lustra. Od strony Mizu usłyszałam cichutkie westchnienie, pod wpływem którego na moje policzki wdarły się plamy różu.
Nagle za nami rozległ się świst, a my odwróciliśmy się jednocześnie, aby zobaczyć, co się działo. W powietrzu uformowała się półprzezroczysta postać mężczyzny, który ukłonił się przed nami.
– Szanowni goście, pani Kuuki serdecznie do siebie zaprasza. Proszę dotknąć portalu, aby znaleźć się na przyjęciu – wygłosił uroczystym tonem, po czym rozpłynął się w powietrzu, a na jego miejscu pojawiła się srebrzysta kula.
– To był sylf, duch powietrza, jeden z posłańców mojej siostry – wyjaśnił Mizu – Gotowa?
Kiwnęłam głową, czując powracającą tremę, po czym chwyciłam się ramienia Mizu. Dotknął kuli, która zmieniła się w portal. Wspólnie zniknęliśmy w białej mgle.
Na chwilę oślepiło mnie ostre światło, ale zaraz odzyskałam wzrok. Miejsce, w którym się znaleźliśmy, przypominało szklany pałac Kuuki w przestworzach, jednak była to okrągła sala balowa z wielkimi oknami z widokiem na morze gwiazd. Jakiś czas zajęło mi przyswajanie wszystkiego wokół i aż odczułam lekkie zawroty głowy.
Srebrzysty jak księżyc w pełni, okrągły sufit podtrzymywały półprzezroczyste kolumny wypełnione przesypującymi się z góry na dół białymi piórami. Podłoga była wyłożona jasnobeżowymi płytkami przyozdobionymi małymi, srebrnymi kamyszkami. Nad parkietem, mniej-więcej w połowie wysokości sali znajdowała się zaokrąglona antresola – taras otaczający całe pomieszczenie, gdzie ustawiono stoły oraz krzesła. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że Dzień Koegzystencji będzie miał formę balu, a ta myśl przejęła mnie jeszcze bardziej.
Mizu i ja staliśmy przy wejściu, zgromadzeni w rzędzie z częścią gości czekających na przejście przez udekorowany łuk i oficjalne rozpoczęcie przyjęcia. Dostrzegłam bladozielonego sylfa w postaci eleganckiej kobiety odczytującej kolejno nazwiska gości, przedstawiając ich przy tym jak ważne osobistości.
– Kasai, pan ognia, wraz z towarzyszką Sabine Okawą, powierniczką mocy ognia – obwieściła donośnym głosem kobieta, a ja wychyliłam się, żeby ich zobaczyć.
Wyglądali dostojnie – Sabine w wybranej przez nas kreacji oraz Kasai w magmowo-ognistym stroju. Miał na sobie czarną koszulę w złote zdobienia, czerwone spodnie, złoto-czarne buty wyglądające jak pokryte smoczymi łuskami oraz bordową, lekko postrzępioną i przypaloną na końcach pelerynę spływającą do ziemi. Oboje wydawali się być przeszczęśliwi, a Kasai patrzył na wszystkich z wyższością, zupełnie jak spoglądał na swoich smoczych poddanych. W Sabine natomiast dostrzegłam szyk i wdzięk, jak gdyby była celebrytką z mnóstwem pieniędzy. Rozpostarła dumnie czarne skrzydła i poprawiła szkarłatnozłoty szal z najwyższą elegancją.
– Wyglądają jak para nowobogackich snobów – skomentował Mizu z przekąsem.
– Racja – przyznałam – Prędzej pomyślałabym, że Kasai szedłby tak dumnie z Akumu.
– Oj, z tego, co słyszałem, nieco się pozmieniało – dodał Mizu przyciszonym głosem, rozglądając się, czy nikt nie podsłuchiwał – Akumu ponoć nie ma już tak dużego wpływu na Kasai'a. Zdaje się, że coś wydarzyło się między nim i Sabine... To znaczy, zawsze tylko wobec niej był potulny jak owieczka, ale ostatnio jakby ogólnie złagodniał, zauważyłaś?
– Faktycznie, coś jest na rzeczy... Bez Akumu w pobliżu, podżegającej do agresji, Kasai jest całkiem spokojny.
– Wstyd przyznać, ale wcześniej niezbyt zwracałem na to uwagę. Teraz, gdy więcej myślę o moim rodzeństwie, zdałem sobie sprawę, że temperament Kasai'a nie zależy tyle od charakteru obecnego wcielenia, co od osób mających na niego wpływ. Jest bardzo podatny na zdanie innych, a szczególnie swojej najwyższej kapłanki. Pół-smoki z rodziny tej Akumu służą mu od lat... I z tego, co pamiętam, zawsze uważały się za istoty mające prawo decydować o czyimś losie.
Nie mogłam się z tym nie zgodzić, że Kasai bywał bardziej porywczy i agresywny pod wpływem Akumu. Sam też często się zapędzał, ale zdecydowanie nie na dłuższą metę. Przypomniała mi się twarz Sabine, kiedy wyznała swoje uczucia do Kasai'a. Mimo klątwy, pod wpływem której była mu całkowicie poddana, zdołała wzbudzić w sobie do niego miłość. Ciężko było mi uwierzyć, że mogłaby zakochać się w bezlitosnym, zepsutym agresorze, jakim do niedawna wydawał mi się być Kasai. Zakochała się w jego być może prawdziwej osobie – tej, którą nazywała ciepłym płomieniem. Czasem miałam wrażenie, że Sabine była po prostu zbyt naiwna, że szukała dobra we wszystkich, często na siłę, ale może jednak wcale się nie myliła, przynajmniej co do Kasai'a. W końcu znała go dłużej niż ja.
Moje rozmyślania zostały przerwane przez ponowne nadejście stresu, gdy zdałam sobie sprawę, że za chwilę zostaniemy przedstawieni wszystkim zgromadzonym. Sylfka odczytała nazwiska gości tuż przed nami, więc Mizu poprowadził mnie nieco do przodu, widząc, jak przejęła mnie trema.
– Mizu, pan wody, wraz z towarzyszką Izumi Tsuki, powierniczką mocy wody – ogłosiła uroczyście.
Prawie potknęłam się o własne nogi, przechodząc dalej, a Mizu spojrzał na mnie zachęcająco.
– Hej, dobrze się czujesz?
– Straszne tu tłumy... Mam to okropne wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią. Błagam, nie wypychaj mnie dzisiaj na scenę, bo chyba zwymiotuję.
Mizu się roześmiał.
– Spokojnie, będę łaskawy – odparł – Zresztą to Kuuki jest gospodynią dzisiejszego wieczoru, większość uwagi pewnie skupi się na niej.
– Właśnie, widziałeś ją?
Pokręcił głową.
– Chyba jeszcze się nie zjawiła – dodał – Chodź, może znajdziemy jakieś miejsca i usiądziemy?
Przytaknęłam, sunąc dalej na drżących nogach.
Ogarniałam wzrokiem gości. Było tu całe mnóstwo różnorodnych tworów takich jak pół-smoki, elfy, kitsune, wilkołaki, sylfy, wróżki i wiele innych, których nie potrafiłam nawet nazwać. Jeden z sylfów ogłosił, że dla syren i trytonów postawiono basen na zewnątrz, gdyby któreś z nich chciało się nieco nawodnić. Wtedy od stołu wstała grupka, którą początkowo wzięłam za ludzi, ale widocznie były to syreny i trytony w ludzkiej postaci. Rzeczywiście, gdy przyjrzałam się im dokładniej, na ich ciałach dostrzegłam gdzieniegdzie pojedyncze łuski. Na pewno spotkam tu wielu znajomych, ale obawiałam się, że w tym tłumie ich nie zauważę albo nie rozpoznam. Musiałam pozostać czujna. Póki co, machali do nas Kasai i Sabine, zapraszając, byśmy usiedli obok nich.
Zerknęłam na Mizu. Widząc uśmiechniętego brata zapraszającego go do siebie, drgnęły mu kąciki ust, jakby lekko się wzruszył, ale nie chciał dać tego po sobie poznać. Może Dzień Koegzystencji rzeczywiście naprawi więzi między rodzeństwem.
– Wow, wyglądacie wspaniale! – zachwyciła się Sabine, gdy podeszliśmy bliżej.
– Wzajemnie, bardzo ładnie się razem prezentujecie – przyznałam, na co oboje się delikatnie zarumienili.
– Prawie pomyliliśmy was z ekstrawaganckimi celebrytami – dodał Mizu, zajmując miejsce. Usiadłam obok niego.
– A nie jesteśmy nimi? – prychnął Kasai z lekkim rozbawieniem.
W znajomym towarzystwie nie czułam już takiego napięcia, co przed chwilą. Jeszcze nie tak dawno temu wcale bym nie pomyślała, że kiedyś będę siedziała z Mizu, Kasai'em i Sabine przy jednym stole, wesoło gawędząc na szykownym przyjęciu. Mimo blasku pewności siebie, w jakiej zjawili się tu razem pan ognia i powierniczka jego mocy, zajęli miejsca bardziej na uboczu, za co byłam im wdzięczna, skoro siedzieliśmy obok nich. Chociaż gdybym chciała się przesiąść, raczej nie byłoby problemu – wiele osób zmieniało miejsca co chwilę, by poznać nowe osoby albo zamienić parę zdań ze znajomymi, z którymi dawno nie mieli okazji się widzieć. To miejsce zgromadziło wiele stworzeń pod jednym dachem, zarówno fantastycznych, jak i ludzkich. Panowała tu ogólna sielanka, którą jednak zakłócał nieco fakt, że Kuuki wciąż się nie zjawiła. Zaczynałam się martwić, ale Mizu i Kasai zgodnie twierdzili, że pewnie jak zwykle się spóźniała z powodu wybierania kreacji na dzisiejszy wieczór. Być może mieli rację, ale przecież sama podkreślała, jak ważny tego dnia był ubiór, więc myślałam, że wybrała go starannie już dawno temu.
W pewnym momencie usłyszałam cichy głosik, który stopniowo przebijał się przez wszystkie inne dźwięki, jakby szepcząc mi do ucha: „pomóż mi”. Wstałam od stołu, czując, że musiałam udać się za tą prośbą. Może mi się wydawało, ale ten głos chyba należał do Kuuki.
– Izumi, coś się stało? – zapytał Mizu.
– Idę do toalety, zaraz wracam – odparłam, po czym odwróciłam się napięcie i podążyłam za głosem.
Doprowadził mnie do kotary za rogiem, za którą ktoś najwidoczniej stał. Wstrzymałam oddech, zastanawiając się, czy była to dobra decyzja, ale teraz słyszałam ten głos bardzo wyraźnie.
– Ehm... Kuuki? – spytałam niepewnie.
Zza kotary wyłoniła się postać – i rzeczywiście, była to pani powietrza w pięknej, granatowej sukni ze srebrzystymi cekinami przypominającymi gwiazdy na nocnym niebie. Poniżej talii prezentowała się druga warstwa sukni zakrywająca tył, wyglądająca na wykonaną z piór białego pawia. Włosy Kuuki były splecione w długi warkocz, a na głowie nosiła srebrną ozdobę do włosów. Miałam właśnie skomentować, jak ładnie wyglądała, gdy dostrzegłam łzy na jej policzkach.
– Ojej, co się stało? – zmartwiłam się.
– Izumi! – zawołała uradowana, obejmując mnie – Jako jedyna usłyszałaś moje wezwanie o pomoc... Widzisz, miałam już zjawić się na przyjęciu, a-ale... Moje skrzydła się uparły i nie chcą do mnie wrócić! Żadne!
– Co takiego?...
– Kiedy ja lub moje hovisy, czyli taki Kaze na przykład, chowamy skrzydła, przenoszą się one do specjalnego wymiaru stworzonego przeze mnie w tym celu. Ciągłe noszenie ich było niewygodne... – wyjaśniła – Ale teraz, gdy przyzywam stamtąd wszystkie moje pary skrzydeł po kolei, żadne nie przylatują! Pomożesz mi je odnaleźć?
– Jak? – zdziwiłam się.
– Teleportujemy się do skrzydlatego wymiaru. Razem na pewno znajdziemy i złapiemy moje skrzydła... Już obojętnie, którą parę. Mogę na ciebie liczyć, Izusiu?
Westchnęłam cicho.
– Jasne, nie martw się.
– Jesteś niezastąpiona! – ucieszyła się i złapała mnie za rękę.
Otworzyła przed nami srebrno-biały portal, w którym natychmiast zniknęłyśmy. W następnej chwili ukazało nam się coś w rodzaju długiego pomieszczenia z ciemnofioletowymi ścianami, wypełniony niezliczonymi parami skrzydeł, latającymi to tu, to tam. Były przeróżnych kształtów, kolorów i wzorów – aż odczułam lekkie zawroty głowy. Moją uwagę przykuły pewne smocze skrzydła w granatowo-czarnych barwach, upstrzone srebrnymi punkcikami sprawiającymi, że całość wyglądała jak gwieździste niebo.
– Wow... – skomentowałam, gdy sunęły obok mnie.
– Ach, mnie też się podobają – westchnęła Kuuki – Ozdobiłam je, ale nie należą do mnie. Chodź, poszukamy moich!
Ruszyłam za nią, zastanawiając się, jak właściwie zamierzała rozpoznać swoje skrzydła – w końcu było ich tu tak wiele! Może miały w sobie jakiś chip naprowadzający?... Nie ukrywam, byłoby to teraz bardzo przydatne.
– Kuuki, właściwie to w jaki sposób zwykle przyzywasz do siebie skrzydła? – spytałam, unikając zderzenia z nisko przelatującymi, dosyć dużymi skrzydłami motyla.
– Wystarczy, że wyobrażę je sobie na plecach – wyjaśniła.
– A mogłabyś to zrobić teraz?
– Próbuję… Obawiam się, że moja moc również jest niestabilna. Skoro teraz nie potrafię nawet rozwinąć skrzydeł, to co będzie później?
Nie brzmiało to zbyt dobrze. Miałam nadzieję, że to nie był dopiero początek kłopotów, a zdecydowanie niepokoiła mnie myśl o problemach całego rodzeństwa z opanowaniem szalejącej mocy żywiołu. Póki co, tylko Kasai jeszcze się na to nie skarżył…
– Tam są! – zawołała triumfalnie Kuuki, wskazując palcem dostojną parę śnieżnobiałych skrzydeł.
Teraz, gdy miałam porównanie z innymi, widziałam, że jednak różniły się od pozostałych. Tak właściwie to każde skrzydła były wyjątkowe na swój sposób, o indywidualnym charakterze odpowiadającym właścicielowi. Na pierwszy rzut oka może wyglądały tak samo, ale po dogłębniejszej analizie zauważało się różnice – te szczególne cechy czyniące daną parę skrzydeł niepowtarzalną. Skrzydła wskazane przez Kuuki na przykład miały wyjątkowo delikatne, puchate pióra przywodzące na myśl pomniejsze, białe chmurki na wiosennym, lazurowym niebie. Szybowały nad nami jak wolny, beztroski duch, jakby odzwierciedlający duszę samej Kuuki. Niesamowite, jak każda para skrzydeł wydawała się oddawać charakter właściciela – jak gdyby same skrzydła posiadały własną duszę.
– Skrzydła, do mnie! – rozkazała, wymachując rękami, ale te przerwały szybowanie, zatrzepotały i wzbiły się jeszcze wyżej.
– Może je poproś? – zasugerowałam.
– Co za tupet! Jestem waszą panią, wracajcie do mnie natychmiast! – zdenerwowała się, wskakując na parę czarnych skrzydeł przelatujących obok.
Skrzydła te co jakiś czas przecinały srebrne żyłki w kształcie błyskawic, więc uznałam, że należały do jakiegoś ventusa, ducha burzy. Kuuki dosiadła ich jak wielkiego ptaka i kierowała nimi tak, aby dogonić własne skrzydła.
– Nie mogłaś po prostu doczepić ich sobie do pleców? – zawołałam za nią.
– Nie, bo wtedy bym je komuś ukradła, a w ten sposób tylko pożyczam! – odkrzyknęła, wzbijając się wyżej.
Nagle skrzydła po prostu zniknęły, a Kuuki runęła w dół.
– Kuuki! – krzyknęłam, biegnąc jej na ratunek.
Zamierzałam rzucić jej inne skrzydła do lądowania, ale zanim zdążyłam jakieś chwycić, jej własne wreszcie się zreflektowały i pognały ku niej, by mogła na nich wylądować i tym samym złączyć je z powrotem z plecami.
– Uff! – westchnęła, leżąc na skrzydłach, a następnie poderwała się do góry, zatrzepotała nimi i wylądowała na ziemi – Nareszcie! Wszystko na swoim miejscu.
– Dlaczego tamta para skrzydeł tak po prostu zniknęła?
– Ich właściciel najwidoczniej je wezwał, a nas zdecydowanie wzywa teraz przyjęcie. Chodź, Izuś, pora, żebyśmy i my stąd zniknęły!
~*~
– Niech zgadnę, w damskiej była kolejka? – powitał mnie Kasai, gdy wróciłam do stołu.
– Izumi, cześć!
– Cześć, mała syrenko!
Wtedy zauważyłam, że do mojego towarzystwa dosiadł się ktoś jeszcze – białowłosy chłopak i fioletowowłosa dziewczyna, oboje o ciemnobrązowym odcieniu skóry. Na oko byli nieco starsi ode mnie. Uśmiechali się serdecznie, a ja nie wiedziałam, kim byli, mimo że wydawali się znajomi.
– Ehym… Cześć? – przywitałam się niezręcznie.
– Spójrz, srebrzyku, chyba nie poznaje nas w takiej odsłonie – zachichotał chłopak.
„Srebrzyku? Och, no jasne!” – pomyślałam.
– Uso? Ai? Dobrze was widzieć! – ucieszyłam się.
– Chyba pierwszy raz spotykasz ich w ludzkiej postaci? – odparł Mizu, a ja kiwnęłam głową – W porządku, zresztą dawno się nie widzieliście.
Usiadłam z powrotem na swoim miejscu.
– Widzę, że podoba ci się sukienka, przy której współpracowałam z panem Mizu – skomentowała Ai, uśmiechając się ciepło.
Kiwnęłam głową, ale nie zdążyłam nic więcej powiedzieć, bo nasza uwaga przeniosła się na ogólne poruszenie wywołane wyczekiwanym pojawieniem się Kuuki. Stała pośrodku okrągłej platformy unoszącej się w powietrzu, uśmiechnięta i serdeczna. Po lewej stronie towarzyszyła jej sylfka odpowiedzialna za witanie gości, a po prawej stał Sora ubrany dziś wyjątkowo elegancko. Jego płaszcz zdobiły pawie pióra z szafirowymi oczkami, mieniące się różnymi barwami. Wydawał się nie pełnić roli służącego, a raczej partnera Kuuki na dzisiejszym balu.
– Kochani! – zawołała radośnie pani powietrza, rozkładając ręce.
Ktoś przy dalszej części stołu wywrócił oczami z pogardą, a jakaś grupka gości szeptała coś między sobą, okazjonalnie chichocząc.
– Witam wszystkich bardzo ciepło na przyjęciu z okazji pierwszego Dnia Koegzystencji w dziejach! – ciągnęła Kuuki, najwyraźniej niczego nie zauważywszy – Świętujemy dziś współistnienie wszystkich czterech żywiołów, naszą wzajemną miłość i szacunek oraz pamiętamy, że tylko razem jesteśmy silni.
Rozglądałam się dookoła, wyłapując coraz więcej gości kpiących z przemowy Kuuki, co zaczynało mnie denerwować.
– Skoro dziś świętujemy współistnienie żywiołów, zapraszam do siebie moje rodzeństwo, abyśmy mogli wspólnie oficjalnie rozpocząć dzisiejszą uroczystość – ogłosiła wesoło.
Kasai i Mizu wstali od stołu, aby podejść do dwóch platform, które po nich przyleciały i zawisły w powietrzu. Gdy na nich stanęli, zawiozły ich obok Kuuki.
– Och, więc od dziś istnieją tylko trzy żywioły? – krzyknął ktoś z tłumu.
Spojrzałam w stronę, z której dobiegał głos. W grupie tworzonej głównie przez skalnych ludzi dostrzegłam znajomego mi Akilego z groźną miną. Gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, złagodniał na moment, ale potem zacisnął oczy, odwrócił się i krzyknął:
– Gdzie pani Ardhi? Nie uznajecie jej już za siostrę?
– Ładne mi współistnienie! To tylko kolejna próba wybielenia waszego wizerunku! – zawołał ktoś inny.
– No szanujmy się, pani Chikyuu też ma sobie wiele do zarzucenia! – wtrącił jakiś centaur – Nawet, jeśli jestem jej dziełem, to boli mnie sposób, w jak traktuje ludzi. Zresztą cała czwórka jest siebie warta. Może opowiecie wszystkim o Maledictusie? O przeklętym owocu waszej współpracy, tej całej koegzystencji?!
– Tchórze! Bezwartościowi tchórze!
Byłam przerażona. Coraz więcej gości wstawało i krzyczało, wymachując pięściami w stronę rodzeństwa albo im grożąc. Maledictus… Znałam skądś to imię, ale… skąd?
– Proszę o spokój! – zawołał Kasai, zaciskając pięści w gniewie.
– Kolejny tyran! Żądamy likwidacji hierarchii wśród pół-smoków! Stop dyskryminacji! – wrzeszczała jakaś przedstawicielka tej rasy, poparta przez swoje towarzystwo.
– Hierarchia jest nam akurat potrzebna – odrzekł inny pół-smok.
Wydawał się być gdzieś pośrodku w tej hierarchii, bo co prawda posiadał skrzydła, ale jego kolorystyka wskazywała na pół-smoka z niższych sfer: pomarańczowa skóra, czerwone włosy i żółte ubranie.
Między pół-smokami nastała burzliwa kłótnia, a nawet doszło do rękoczynów. Sylfy służące Kuuki musiały ich z trudem od siebie oddzielać.
– Przestańcie, proszę! – jęknęła Ai, wstając od stołu – Patrzycie tylko na zło. Przyznaję, niektóre czyny nie są godne pochwały, ale pamiętajmy, że wcielenia naszych władców wciąż się zmieniają. Pan Mizu na przykład obecnie bardzo integruje się z naszą społecznością, zawsze jest chętny, by nam pomóc.
Z któregoś końca sali rozległ się skrzekliwy, histeryczny śmiech, który wywołał u mnie ciarki na plecach. Co gorsza, od razu go rozpoznałam…
– Tak, tak, te wcielenia się zmieniają, nawet często, co? – zakpił Kyouki, wzbijając się w powietrze.
Wielu gości wydało niemy okrzyk i patrzyło na niego z przerażeniem w oczach. W pobliżu stał Ciel, jakby niewzruszony.
– Nasz brat nie mógł tu przyjść, a wiecie, dlaczego? – ciągnął tengu – Pan wody ostatnio przeobraził się w swoje dawne wcielenie i wzbudził w naszym Hiroto tak silne wspomnienia, że biedny ma teraz rozdwojenie jaźni! Gdybyśmy go tutaj przyprowadzili, zabiłby was wszystkich, ooo, wszystkich! – pokazał palcem dookoła – Ale Ciel stwierdził, że to zły pomysł – wzruszył ramionami – A właśnie, Ciel, może opowiesz, co zrobiła ci pani powietrza? Dlaczego w ogóle powstałeś?
– Nie mieszaj mnie w to – odburknął tylko.
– Wcale was tu nie zapraszałam. Włamaliście się tutaj! – Kuuki odezwała się takim głosem, jakby miała się zaraz rozpłakać – Wynoście się!
– Co, nie możesz znieść jego widoku, tak? Teraz masz wyrzuty sumienia, teraz?! – śmiał się Kyouki.
Straże Kuuki podleciały do nich, ale Kyouki nie dawał za wygraną, a Ciel otoczył się burzową chmurą.
– Izuuuuumi! – zawołał tengu, podlatując do mnie – Pamiętasz mnie jeszcze, laleczko? Przypominasz sobie, jak pan wody nazwał mojego brata?
– Dziecię rozpaczy? – spytałam, próbując przywołać w myślach tamtą sytuację.
– O, tak! Bo narodził się z rozpaczy pani powietrza po tym, jak pewien młodzieniec, zresztą kolejny, któremu złamała serce, się dla niej zabił! – wygłosił z kpiącym uśmiechem – A Ciel jest tylko upustem jej emocji, zbędnym balastem, którego trzeba było się pozbyć. Szkoda tylko, że teraz musi z tą wrodzoną rozpaczą żyć! Całe, długie, długie lata. Fajnie, co? Kto też by tak chciał, niech podniesie rękę!
Kuuki nie wytrzymywała, załamała się. Mizu objął ją ramieniem, gdy szlochała, a Sora starał się ją pocieszyć. Straże próbowały pochwycić braci, ale byli silnymi przeciwnikami. Kyouki’emu nawet zdawało się sprawiać radość, że go gonili. Kasai próbował zażegnać spór pół-smoków, jednak żadne rozwiązanie im się nie podobało. Ja i Sabine patrzyłyśmy na siebie ze zmartwieniem, nie dowierzając, w jakie święto wzajemnej nienawiści zamienił się ten dzień.
– Dosyć! – zawołał jakiś męski głos.
Spojrzałam w górę, by dostrzec pół-smoka wzbijającego się w powietrze i lecącemu ku Kuuki. Jego skrzydła były piękne, duże i gwieździste.
– Nie pozwolę dłużej obrażać pani Kuuki, której tak wiele zawdzięczam – oznajmił, lądując obok niej.
Miałam dziwne przeczucie, że już się poznaliśmy, ale wtedy uderzyło mnie, że przecież widziałam jego skrzydła – te same, rozgwieżdżone, powściągliwe i wrażliwe.
– Yoru… – odrzekła Kuuki, wyciągając ku niemu rękę.
Chciała coś powiedzieć, ale nagle wykrzywiła się w bólu, a po jej ciele przemknęły srebrne żyłki jak u burzowego ducha.
– Co jej zrobiłeś?! – wrzasnął któryś sylf do Ciela.
– Ja? Nic – odparł obojętnie – Ona się przeistacza.
– O! Moje ulubione wcielenie pani powietrza! – zawołał z radością Kyouki.
Kasai i Mizu spojrzeli po sobie z przerażeniem, po czym złapali Kuuki, wołając, aby za wszelką cenę się nie poddawała. Ona jednak szybko pokryła się burzowymi chmurami, odpychając ich wszystkich od siebie. Ogromna fala uderzeniowa przeszyła całą salę, trzęsąc nią niczym tornado. Z chmur wyłoniła się odmieniona postać Kuuki – złowieszcza i straszna. Jej włosy nieco pociemniały, przechodząc z góry od fioletu do jej standardowego różu u końcówek. Rysy twarzy się wyostrzyły, a tęczówki oczu przybrały granatową barwę. Nosiła na sobie czarne body z piór, dopasowane do koloru skrzydeł, których miała teraz trzy pary – na plecach, na biodrach i na łydkach. Powietrze wokół niej iskrzyło, co chwila tworząc małe błyskawice. Spojrzała na wszystkich z pogardą i zachichotała nieswoim, piskliwym głosem, po czym zawołała, rozkładając uroczyście ręce:
– Kochani! Niech Dzień Koegzystencji zmieni się w dzień waszej zagłady!