niedziela, 20 czerwca 2021

Rozdział X

 Przez cały ostatni miesiąc rozmyślałam nad sprawą Chikyuu. Często przechadzałam się parkiem, aby przy okazji sprawdzić, czy wiśnia kwitła, jednak za każdym razem zastawałam ją z łysymi gałęziami. Czasem słyszałam komentarze od przechodniów twierdzących, że to drzewo powinno zostać ścięte i że tylko brzydziło krajobraz.

Przypomniałam sobie, co mówił Mizu na temat panowania nad żywiołem, że nie da się go zupełnie okiełznać. Kasai zarzucał mu, że nie radził sobie z tą mocą, ale może rzeczywiście Chikyuu miała jeszcze większe kłopoty. Zastanawiałam się, dlaczego nie zawierzy jej komuś innemu – na przykład Olivierowi, z którym miała tak dobrą relację – skoro Wieczna Wiśnia tej roli już raczej nie spełni. Nie rozumiałam też, w jaki konkretnie sposób Akane zamierzała przywrócić wiśnię do rozkwitu. Miałam tylko nadzieję, że moc Chikyuu nie wyrządzi wielkich szkód.

 

~*~

 

– No dalej, Tsuki, przecież umiesz to zrobić. Przed chwilą ci tłumaczyłem – odparł z ciepłym uśmiechem Kaito, z którym ślęczałam nad matematyką.

Mieliśmy trochę czasu po zajęciach, a Kaito zaproponował wspólną naukę. Tym razem to ja miałam problem z matmą, więc się zgodziłam. Korzystając z pięknej pogody, uczyliśmy się na szkolnym dziedzińcu skąpanym w wiosennym słońcu.

– Ach tak, przepraszam… – zakłopotałam się.

– Ostatnio jesteś taka rozmarzona, zamyślona.

– Dużo się dzieje…

– Zakochana?

Spojrzałam na niego z zaskoczeniem. Wpatrywał się we mnie spokojnie, ale nie potrafiłam nic wyczytać z tych tajemniczych, szarozielonych oczu. Jego piegi wydawały się bardziej widoczne w promieniach słońca.

– Ten… Mizu Yousu, nie mylę się? Ostatnio często was razem widzę…

Milczałam, czując, jak moja prywatność została mocno naruszona. Wiedziałam, że kiedyś musiało dojść do tej rozmowy, jeśli Kaito wciąż będzie żywił do mnie jakieś uczucia, ale nie sądziłam, że nastąpi to tak bezpośrednio. Wpatrywałam się w niego z lekko rozchylonymi ustami, jakby ktoś odłączył mi mózg.

Kaito odwrócił wzrok.

– Przepraszam, nie powinienem zadawać tego pytania – wymamrotał, poważniejąc, ale za chwilę znów się uśmiechnął – W każdym razie życzę wam dobrze, Izumi. Znaczy, Tsuki! Aj, przepraszam…

Zakłopotałam się jeszcze bardziej, ale zdobyłam się wreszcie na wypowiedzenie paru słów:

– Nie szkodzi, Yukimura. Chciałbyś, żebyśmy mówili do siebie po imieniu?

Zerknął na mnie, po czym znów nieśmiało odwrócił wzrok.

– Ale wtedy jeszcze bardziej się do ciebie przywiążę… – odparł z tym swoim uśmieszkiem – Dobra, chemię odłóżmy na bok, wróćmy do matematyki. Wytłumaczyć jeszcze raz?

– N-nie, wszystko już rozumiem…

Przez króciutką chwilę wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem w milczeniu, a potem zaczęłam skrobać rozwiązanie zadania.

 

~*~

 

Przypomniawszy sobie tę rozmowę później, byłam na siebie zła, bo ostatecznie nie wypowiedziałam się na temat swoich uczuć, a Kaito teoretycznie mógł pomyśleć, że to w nim byłam zakochana. Z kolei milczenie mogło oznaczać zgodę… Żałowałam, że nie postawiłam sprawy jasno. Teraz będę się zadręczała spekulacjami, jak odebrał całą tę sytuację.

Po drodze powrotnej do domu odwiedziłam jeszcze jezioro, aby złożyć ofiarę. Zostałam chwilę przy jego brzegu, podziwiając kwitnącą naturę wokół. Pomyślałam, jak Chikyuu tworzyła każde źdźbło jasnozielonej trawy albo każdy biały płatek stokrotki, muśnięty lekkim różem. Stworzyła je, a później dała im zdolność rozprzestrzeniania się prawie po całej planecie. Zdałam sobie sprawę, że być może było to jej kolejne dzieło, które wymknęło się spod kontroli.

W tafli wody coś zafalowało, a potem wynurzyła się z niej niebieska czupryna.

– Dzień dobry – powitał mnie ochoczo Mizu.

Ostatnio był wesoły i energiczny, zdecydowanie odżył. Najwidoczniej pomogła mu taktyka, którą obrał – zaakceptowanie tego, co nieuniknione i przyzwyczajanie się do nowego życia zwykłego śmiertelnika. Nie mogłam się nadziwić, z jakim zapałem towarzyszył mi w nauce i z jaką ciekawością chłonął różne zagadnienia albo jak wciągnęła go technologia. Poważnie, niedawno po powrocie ze szkoły przyłapałam go w moim domu, a przyszedł tam głównie dlatego, że chciał pooglądać telewizję i skorzystać z wi-fi…

– Hej – odparłam z lekkim uśmiechem.

Mizu wyszedł z jeziora, a następnie usiadł tuż obok mnie. Machnął ręką, żeby się osuszyć.

– A co ty taka, hm… zamyślona? – zagadnął.

– No nie, następny – mruknęłam – Myślałam o Chikyuu. Wiadomo, co z nią się dzieje?

– Niczego nowego się nie dowiedziałem – westchnął.

Od tamtego czasu żadne z nas nie widziało pani ziemi. Słyszałam tylko od Kage, że nie wychodziła zbyt często z Podziemia ze strachu, że na powierzchni jej moce znów staną się nie do opanowania. Martwił się, że wolała siedzieć w ciemnościach, spętana lękiem zamiast wyjść na światło dzienne i zmierzyć się z samą sobą. Opowiedział to z takim wyrazem twarzy, jakby dawał do zrozumienia, że sam kiedyś przeszedł coś podobnego.

– A czemu powiedziałaś: następny? Ktoś cię już dzisiaj o to pytał? – zaciekawił się Mizu.

– Kaito Yukimura – odpowiedziałam, spoglądając na niego.

Wykonał jakiś ledwo zauważalny ruch którymś mięśniem twarzy, zmieniając nieco jej wyraz.

– Ach, ten typ. Często widzę go szwendającego się obok ciebie, jak przychodzę odprowadzić cię do domu po szkole.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. W jego głosie była jakaś gorzka doza zazdrości, którą zdecydowanie niepotrzebnie odczuwał. Nie byliśmy razem, ale ostatnio czułam, że się do siebie zbliżyliśmy, a Mizu starał się, jak mógł, by poznać mnie od nowa – tak, jakby nasze losy wcale nie splotły nadnaturalne wydarzenia, a zupełnie przeciętne spotkanie dwojga ludzi.

Oparłam głowę na ramieniu Mizu, utkwiwszy wzrok w tafli jeziora mieniącej się w promieniach słońca.

– Przypomnij, kiedy idziemy do Kuuki? – zagadnęłam, zmieniając temat.

Poczułam, jak jego ramię nieco się rozluźnia, jak gdyby puściło go napięcie.

– Zaprosiła nas na następną sobotę – odparł – Póki co przybycia nie potwierdziła tylko Chikyuu…

Kuuki bardzo zaangażowała się w zacieśnianie lub budowanie na nowo więzi pomiędzy rodzeństwem, więc postanowiła zorganizować Dzień Koegzystencji, święto współistnienia wszystkich czterech żywiołów. Z tej okazji miało się odbyć przyjęcie, na które zaproszono istoty wykreowane przez rodzeństwo, szczególnie hybrydy będące wynikiem ich współpracy przy dziele stworzenia. Kuuki mówiła, że chciała w ten sposób uśmierzyć rywalizację panująca między nimi i pozbyć się myślenia o wspólnie stworzonych istotach jako o plagiacie czyjegoś pomysłu. Wierzyłam w dobre intencje Kuuki, ale zastanawiałam się, co sądziła o tym Chikyuu.

Lokalizację przyjęcia z okazji Dnia Koegzystencji pani powietrza opisała jako miejsce służące jej przed laty za siedzibę, ale już od dawien dawna niepełniące tej funkcji. Stwierdziła, że było jeszcze za wcześnie na zdejmowanie z obecnych siedzib prawa uniemożliwiającego odwiedzanie ich przez władców pozostałych żywiołów, a Mizu i Kasai jednogłośnie podtrzymywali zdanie, że tego prawa nie powinno się zmieniać nigdy. Ponoć kryła się za tym jakaś historia, o której, jak mówił Mizu, miałam okazję dowiedzieć się na przyjęciu.

Na to wydarzenie została zaproszona również Sabine z racji pełnionej funkcji powierniczki mocy Kasai’a. Ucieszyła się i zaproponowała wspólne wybieranie strojów, w jakich tam się pokażemy. Tym razem nie poszłyśmy na zakupy, a zdecydowałyśmy iść w tym, co już miałyśmy. W moim przypadku wybór był szybki – pomyślałam o morskiej sukience, którą dostałam od Mizu. Sabine chciała założyć coś eleganckiego, ale i funkcjonalnego, bo, jak przestrzegła nas Kuuki, w miejscu uroczystości będzie już noc, a Sabine przybierze postać pół-smoczycy.

– Coś ciemnego i długiego, żeby przykryć te okropne pazury u stóp – mruczała pod nosem, przeglądając zawartość swojej szafy.

– Może jakiś top i długa spódnica? – podsunęłam.

– Hm… Mam taką, ale niestety nie przykryje stóp. Z drugiej strony nie chciałabym również się potykać… ale zawsze mogę latać.

Ostatecznie wybrałyśmy dla niej długą, czarną sukienkę – prostą i klasyczną, a uroku dodawały jej czerwono-złote zdobienia u góry.

Tym razem wybór stroju odgrywał większą rolę, bo Kuuki uznała, że powinien on odpowiadać danemu żywiołowi albo kilkorgu jednocześnie, aby utożsamić się z ideą współistnienia. Widząc powagę przygotowań, zaczęłam odczuwać lekką tremę przed przyjęciem.

W nocy z piątku na sobotę prawie nie zmrużyłam oka z narastającego stresu. Przynajmniej w szkole odciągnęłam myśli od przyjęcia, przechodząc w tryb kujona i chłonąc wszelką wiedzę z zajęć. Zostałam nawet chwilę po lekcjach, żeby pomóc w sprzątaniu.

W domu stres wrócił ze zdwojoną siłą. Było mi wstyd z myślą, że znowu okłamywałam rodziców, bo powiedziałam im, że nocuję u Sabine. Musiałam poprzeć to kłamstwo kolejnym, mianowicie, że jej ojciec miał wyjechać na kilka dni i zostaniemy z jej ciotką. Rodzice niezbyt chcieli puszczać mnie do Okawów po tym, jak dowiedzieli się, że ojciec Sabine był alkoholikiem. Teraz jednak oboje byli jeszcze w pracy, a więc przynajmniej nie zadawali dodatkowych pytań o moje dzisiejsze wyjście. Z tego, co mówili, mieli dzisiaj zostać dłużej w szpitalu, bo sytuacja tego wymagała.

Umówiłam się z Mizu, że wpadnie po mnie około trzeciej, więc do tego czasu łaziłam nerwowo po domu, ubrana w morską sukienkę, zastanawiając się, co zrobić z włosami. Wędrowałam od lustra do lustra, co chwila z nową koncepcją. Wreszcie zatrzymałam się przy lustrze w przedsionku, testując różne warianty upięcia włosów na bok. Przesuwając palcami po skórze czoła, w pewnym momencie poczułam chłód bijący spod opuszków i odsunęłam rękę. Na tle moich czarnych włosów pojawił się jasny kształt przybierający postać bladoniebieskiej śnieżynki spinającej grzywkę na bok. Reszta włosów ułożyła się wdzięcznie na ramionach, a ja ujrzałam niebieską czuprynę w odbiciu lustra.

– Może tak? Chociaż nie chciałbym burzyć twojej koncepcji – podsunął Mizu z lekkim uśmiechem na ustach.

Odwróciłam się.

– Dziękuję, tak jest… pięknie – dokończyłam, komentując nie tylko lodową spinkę, ale i kreację Mizu.

Wyglądał jak książę. Był ubrany w elegancką, turkusową koszulę z zieloną falbaną przy szyi oraz mankietach, imitującą wodorosty. Pod kołnierzem przyszyta była perła mieniąca się srebrem, turkusem i delikatnym różem, jak drogocenny klejnot. Podobne pełniły funkcję spinek do mankietów oraz przyszyte były po bokach koszuli wraz z falbaniastymi wodorostami. Nosił spodnie w delikatnym odcieniu błękitu przywodzącym na myśl spokojne morze w słoneczny poranek, a stopy przyodział w wysokie buty w turkusowym kolorze ozdobione u góry wodorostami, a przy kostkach perłami. Cały ubiór zwieńczała granatowa peleryna pokryta szronem, z przypominającym śnieżną zaspę puchem przy szyi oraz na samym jej wykończeniu u dołu, tak jakby właśnie w tym miejscu przymarzła.

Gdy skończyłam podziwiać tę kreację, zdałam sobie sprawę, że Mizu przez ten czas równie długo gapił się na mnie. Jesteśmy kwita.

– Ekhym, to drobiazg – odchrząknął, drapiąc się po karku – Jeśli chcesz, mógłbym dorzucić ci podobną pelerynę do mojej. Myślałem, że moglibyśmy w ten sposób dopasować się do siebie pod względem ubrań. Znaczy, już tak jest, to byłby tylko dodatek.

– Jasne – zgodziłam się, bo peleryna mi się podobała, a sam fakt, że Mizu wpadł na taki pomysł, rozczulił mnie.

Położył obie dłonie na moich ramionach, by chwilę później je zabrać i ustąpić miejsca formującemu się materiałowi. Poczułam przyjemny puch wokół szyi, a następnie odwróciłam się, by obejrzeć efekt. Staliśmy obok siebie, odbijając się w lustrze, wyglądając z tymi pelerynami jak królewska para. Uśmiechnęłam się do lustra. Od strony Mizu usłyszałam cichutkie westchnienie, pod wpływem którego na moje policzki wdarły się plamy różu.

Nagle za nami rozległ się świst, a my odwróciliśmy się jednocześnie, aby zobaczyć, co się działo. W powietrzu uformowała się półprzezroczysta postać mężczyzny, który ukłonił się przed nami.

– Szanowni goście, pani Kuuki serdecznie do siebie zaprasza. Proszę dotknąć portalu, aby znaleźć się na przyjęciu – wygłosił uroczystym tonem, po czym rozpłynął się w powietrzu, a na jego miejscu pojawiła się srebrzysta kula.

– To był sylf, duch powietrza, jeden z posłańców mojej siostry – wyjaśnił Mizu – Gotowa?

Kiwnęłam głową, czując powracającą tremę, po czym chwyciłam się ramienia Mizu. Dotknął kuli, która zmieniła się w portal. Wspólnie zniknęliśmy w białej mgle.

Na chwilę oślepiło mnie ostre światło, ale zaraz odzyskałam wzrok. Miejsce, w którym się znaleźliśmy, przypominało szklany pałac Kuuki w przestworzach, jednak była to okrągła sala balowa z wielkimi oknami z widokiem na morze gwiazd. Jakiś czas zajęło mi przyswajanie wszystkiego wokół i aż odczułam lekkie zawroty głowy.

Srebrzysty jak księżyc w pełni, okrągły sufit podtrzymywały półprzezroczyste kolumny wypełnione przesypującymi się z góry na dół białymi piórami. Podłoga była wyłożona jasnobeżowymi płytkami przyozdobionymi małymi, srebrnymi kamyszkami. Nad parkietem, mniej-więcej w połowie wysokości sali znajdowała się zaokrąglona antresola – taras otaczający całe pomieszczenie, gdzie ustawiono stoły oraz krzesła. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że Dzień Koegzystencji będzie miał formę balu, a ta myśl przejęła mnie jeszcze bardziej.

Mizu i ja staliśmy przy wejściu, zgromadzeni w rzędzie z częścią gości czekających na przejście przez udekorowany łuk i oficjalne rozpoczęcie przyjęcia. Dostrzegłam bladozielonego sylfa w postaci eleganckiej kobiety odczytującej kolejno nazwiska gości, przedstawiając ich przy tym jak ważne osobistości.

– Kasai, pan ognia, wraz z towarzyszką Sabine Okawą, powierniczką mocy ognia – obwieściła donośnym głosem kobieta, a ja wychyliłam się, żeby ich zobaczyć.

Wyglądali dostojnie – Sabine w wybranej przez nas kreacji oraz Kasai w magmowo-ognistym stroju. Miał na sobie czarną koszulę w złote zdobienia, czerwone spodnie, złoto-czarne buty wyglądające jak pokryte smoczymi łuskami oraz bordową, lekko postrzępioną i przypaloną na końcach pelerynę spływającą do ziemi. Oboje wydawali się być przeszczęśliwi, a Kasai patrzył na wszystkich z wyższością, zupełnie jak spoglądał na swoich smoczych poddanych. W Sabine natomiast dostrzegłam szyk i wdzięk, jak gdyby była celebrytką z mnóstwem pieniędzy. Rozpostarła dumnie czarne skrzydła i poprawiła szkarłatnozłoty szal z najwyższą elegancją. 

– Wyglądają jak para nowobogackich snobów – skomentował Mizu z przekąsem.

– Racja – przyznałam – Prędzej pomyślałabym, że Kasai szedłby tak dumnie z Akumu.

– Oj, z tego, co słyszałem, nieco się pozmieniało – dodał Mizu przyciszonym głosem, rozglądając się, czy nikt nie podsłuchiwał – Akumu ponoć nie ma już tak dużego wpływu na Kasai'a. Zdaje się, że coś wydarzyło się między nim i Sabine... To znaczy, zawsze tylko wobec niej był potulny jak owieczka, ale ostatnio jakby ogólnie złagodniał, zauważyłaś?

– Faktycznie, coś jest na rzeczy... Bez Akumu w pobliżu, podżegającej do agresji, Kasai jest całkiem spokojny. 

– Wstyd przyznać, ale wcześniej niezbyt zwracałem na to uwagę. Teraz, gdy więcej myślę o moim rodzeństwie, zdałem sobie sprawę, że temperament Kasai'a nie zależy tyle od charakteru obecnego wcielenia, co od osób mających na niego wpływ. Jest bardzo podatny na zdanie innych, a szczególnie swojej najwyższej kapłanki. Pół-smoki z rodziny tej Akumu służą mu od lat... I z tego, co pamiętam, zawsze uważały się za istoty mające prawo decydować o czyimś losie. 

Nie mogłam się z tym nie zgodzić, że Kasai bywał bardziej porywczy i agresywny pod wpływem Akumu. Sam też często się zapędzał, ale zdecydowanie nie na dłuższą metę. Przypomniała mi się twarz Sabine, kiedy wyznała swoje uczucia do Kasai'a. Mimo klątwy, pod wpływem której była mu całkowicie poddana, zdołała wzbudzić w sobie do niego miłość. Ciężko było mi uwierzyć, że mogłaby zakochać się w bezlitosnym, zepsutym agresorze, jakim do niedawna wydawał mi się być Kasai. Zakochała się w jego być może prawdziwej osobie – tej, którą nazywała ciepłym płomieniem. Czasem miałam wrażenie, że Sabine była po prostu zbyt naiwna, że szukała dobra we wszystkich, często na siłę, ale może jednak wcale się nie myliła, przynajmniej co do Kasai'a. W końcu znała go dłużej niż ja. 

Moje rozmyślania zostały przerwane przez ponowne nadejście stresu, gdy zdałam sobie sprawę, że za chwilę zostaniemy przedstawieni wszystkim zgromadzonym. Sylfka odczytała nazwiska gości tuż przed nami, więc Mizu poprowadził mnie nieco do przodu, widząc, jak przejęła mnie trema.

– Mizu, pan wody, wraz z towarzyszką Izumi Tsuki, powierniczką mocy wody – ogłosiła uroczyście.

Prawie potknęłam się o własne nogi, przechodząc dalej, a Mizu spojrzał na mnie zachęcająco.

– Hej, dobrze się czujesz?

– Straszne tu tłumy... Mam to okropne wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią. Błagam, nie wypychaj mnie dzisiaj na scenę, bo chyba zwymiotuję.

Mizu się roześmiał.

– Spokojnie, będę łaskawy – odparł – Zresztą to Kuuki jest gospodynią dzisiejszego wieczoru, większość uwagi pewnie skupi się na niej.

– Właśnie, widziałeś ją? 

Pokręcił głową.

– Chyba jeszcze się nie zjawiła – dodał – Chodź, może znajdziemy jakieś miejsca i usiądziemy?

Przytaknęłam, sunąc dalej na drżących nogach.

Ogarniałam wzrokiem gości. Było tu całe mnóstwo różnorodnych tworów takich jak pół-smoki, elfy, kitsune, wilkołaki, sylfy, wróżki i wiele innych, których nie potrafiłam nawet nazwać. Jeden z sylfów ogłosił, że dla syren i trytonów postawiono basen na zewnątrz, gdyby któreś z nich chciało się nieco nawodnić. Wtedy od stołu wstała grupka, którą początkowo wzięłam za ludzi, ale widocznie były to syreny i trytony w ludzkiej postaci. Rzeczywiście, gdy przyjrzałam się im dokładniej, na ich ciałach dostrzegłam gdzieniegdzie pojedyncze łuski. Na pewno spotkam tu wielu znajomych, ale obawiałam się, że w tym tłumie ich nie zauważę albo nie rozpoznam. Musiałam pozostać czujna. Póki co, machali do nas Kasai i Sabine, zapraszając, byśmy usiedli obok nich.

Zerknęłam na Mizu. Widząc uśmiechniętego brata zapraszającego go do siebie, drgnęły mu kąciki ust, jakby lekko się wzruszył, ale nie chciał dać tego po sobie poznać. Może Dzień Koegzystencji rzeczywiście naprawi więzi między rodzeństwem. 

– Wow, wyglądacie wspaniale! – zachwyciła się Sabine, gdy podeszliśmy bliżej. 

– Wzajemnie, bardzo ładnie się razem prezentujecie – przyznałam, na co oboje się delikatnie zarumienili.

– Prawie pomyliliśmy was z ekstrawaganckimi celebrytami – dodał Mizu, zajmując miejsce. Usiadłam obok niego.

– A nie jesteśmy nimi? – prychnął Kasai z lekkim rozbawieniem.

W znajomym towarzystwie nie czułam już takiego napięcia, co przed chwilą. Jeszcze nie tak dawno temu wcale bym nie pomyślała, że kiedyś będę siedziała z Mizu, Kasai'em i Sabine przy jednym stole, wesoło gawędząc na szykownym przyjęciu. Mimo blasku pewności siebie, w jakiej zjawili się tu razem pan ognia i powierniczka jego mocy, zajęli miejsca bardziej na uboczu, za co byłam im wdzięczna, skoro siedzieliśmy obok nich. Chociaż gdybym chciała się przesiąść, raczej nie byłoby problemu – wiele osób zmieniało miejsca co chwilę, by poznać nowe osoby albo zamienić parę zdań ze znajomymi, z którymi dawno nie mieli okazji się widzieć. To miejsce zgromadziło wiele stworzeń pod jednym dachem, zarówno fantastycznych, jak i ludzkich. Panowała tu ogólna sielanka, którą jednak zakłócał nieco fakt, że Kuuki wciąż się nie zjawiła. Zaczynałam się martwić, ale Mizu i Kasai zgodnie twierdzili, że pewnie jak zwykle się spóźniała z powodu wybierania kreacji na dzisiejszy wieczór. Być może mieli rację, ale przecież sama podkreślała, jak ważny tego dnia był ubiór, więc myślałam, że wybrała go starannie już dawno temu. 

W pewnym momencie usłyszałam cichy głosik, który stopniowo przebijał się przez wszystkie inne dźwięki, jakby szepcząc mi do ucha: „pomóż mi”. Wstałam od stołu, czując, że musiałam udać się za tą prośbą. Może mi się wydawało, ale ten głos chyba należał do Kuuki.

– Izumi, coś się stało? – zapytał Mizu.

– Idę do toalety, zaraz wracam – odparłam, po czym odwróciłam się napięcie i podążyłam za głosem.

Doprowadził mnie do kotary za rogiem, za którą ktoś najwidoczniej stał. Wstrzymałam oddech, zastanawiając się, czy była to dobra decyzja, ale teraz słyszałam ten głos bardzo wyraźnie.

– Ehm... Kuuki? – spytałam niepewnie.

Zza kotary wyłoniła się postać – i rzeczywiście, była to pani powietrza w pięknej, granatowej sukni ze srebrzystymi cekinami przypominającymi gwiazdy na nocnym niebie. Poniżej talii prezentowała się druga warstwa sukni zakrywająca tył, wyglądająca na wykonaną z piór białego pawia. Włosy Kuuki były splecione w długi warkocz, a na głowie nosiła srebrną ozdobę do włosów. Miałam właśnie skomentować, jak ładnie wyglądała, gdy dostrzegłam łzy na jej policzkach.

– Ojej, co się stało? – zmartwiłam się.

– Izumi! – zawołała uradowana, obejmując mnie – Jako jedyna usłyszałaś moje wezwanie o pomoc... Widzisz, miałam już zjawić się na przyjęciu, a-ale... Moje skrzydła się uparły i nie chcą do mnie wrócić! Żadne!

– Co takiego?...

– Kiedy ja lub moje hovisy, czyli taki Kaze na przykład, chowamy skrzydła, przenoszą się one do specjalnego wymiaru stworzonego przeze mnie w tym celu. Ciągłe noszenie ich było niewygodne... – wyjaśniła – Ale teraz, gdy przyzywam stamtąd wszystkie moje pary skrzydeł po kolei, żadne nie przylatują! Pomożesz mi je odnaleźć?

– Jak? – zdziwiłam się.

– Teleportujemy się do skrzydlatego wymiaru. Razem na pewno znajdziemy i złapiemy moje skrzydła... Już obojętnie, którą parę. Mogę na ciebie liczyć, Izusiu?

Westchnęłam cicho.

– Jasne, nie martw się. 

– Jesteś niezastąpiona! – ucieszyła się i złapała mnie za rękę. 

Otworzyła przed nami srebrno-biały portal, w którym natychmiast zniknęłyśmy. W następnej chwili ukazało nam się coś w rodzaju długiego pomieszczenia z ciemnofioletowymi ścianami, wypełniony niezliczonymi parami skrzydeł, latającymi to tu, to tam. Były przeróżnych kształtów, kolorów i wzorów – aż odczułam lekkie zawroty głowy. Moją uwagę przykuły pewne smocze skrzydła w granatowo-czarnych barwach, upstrzone srebrnymi punkcikami sprawiającymi, że całość wyglądała jak gwieździste niebo. 

– Wow... – skomentowałam, gdy sunęły obok mnie.

– Ach, mnie też się podobają – westchnęła Kuuki – Ozdobiłam je, ale nie należą do mnie. Chodź, poszukamy moich!

Ruszyłam za nią, zastanawiając się, jak właściwie zamierzała rozpoznać swoje skrzydła – w końcu było ich tu tak wiele! Może miały w sobie jakiś chip naprowadzający?... Nie ukrywam, byłoby to teraz bardzo przydatne. 

– Kuuki, właściwie to w jaki sposób zwykle przyzywasz do siebie skrzydła? – spytałam, unikając zderzenia z nisko przelatującymi, dosyć dużymi skrzydłami motyla.

– Wystarczy, że wyobrażę je sobie na plecach – wyjaśniła.

– A mogłabyś to zrobić teraz?

– Próbuję… Obawiam się, że moja moc również jest niestabilna. Skoro teraz nie potrafię nawet rozwinąć skrzydeł, to co będzie później?

Nie brzmiało to zbyt dobrze. Miałam nadzieję, że to nie był dopiero początek kłopotów, a zdecydowanie niepokoiła mnie myśl o problemach całego rodzeństwa z opanowaniem szalejącej mocy żywiołu. Póki co, tylko Kasai jeszcze się na to nie skarżył…

– Tam są! – zawołała triumfalnie Kuuki, wskazując palcem dostojną parę śnieżnobiałych skrzydeł.

Teraz, gdy miałam porównanie z innymi, widziałam, że jednak różniły się od pozostałych. Tak właściwie to każde skrzydła były wyjątkowe na swój sposób, o indywidualnym charakterze odpowiadającym właścicielowi. Na pierwszy rzut oka może wyglądały tak samo, ale po dogłębniejszej analizie zauważało się różnice – te szczególne cechy czyniące daną parę skrzydeł niepowtarzalną. Skrzydła wskazane przez Kuuki na przykład miały wyjątkowo delikatne, puchate pióra przywodzące na myśl pomniejsze, białe chmurki na wiosennym, lazurowym niebie. Szybowały nad nami jak wolny, beztroski duch, jakby odzwierciedlający duszę samej Kuuki. Niesamowite, jak każda para skrzydeł wydawała się oddawać charakter właściciela – jak gdyby same skrzydła posiadały własną duszę.

– Skrzydła, do mnie! – rozkazała, wymachując rękami, ale te przerwały szybowanie, zatrzepotały i wzbiły się jeszcze wyżej.

– Może je poproś? – zasugerowałam.

– Co za tupet! Jestem waszą panią, wracajcie do mnie natychmiast! – zdenerwowała się, wskakując na parę czarnych skrzydeł przelatujących obok.

Skrzydła te co jakiś czas przecinały srebrne żyłki w kształcie błyskawic, więc uznałam, że należały do jakiegoś ventusa, ducha burzy. Kuuki dosiadła ich jak wielkiego ptaka i kierowała nimi tak, aby dogonić własne skrzydła.

– Nie mogłaś po prostu doczepić ich sobie do pleców? – zawołałam za nią.

– Nie, bo wtedy bym je komuś ukradła, a w ten sposób tylko pożyczam! – odkrzyknęła, wzbijając się wyżej.

Nagle skrzydła po prostu zniknęły, a Kuuki runęła w dół.

– Kuuki! – krzyknęłam, biegnąc jej na ratunek.

Zamierzałam rzucić jej inne skrzydła do lądowania, ale zanim zdążyłam jakieś chwycić, jej własne wreszcie się zreflektowały i pognały ku niej, by mogła na nich wylądować i tym samym złączyć je z powrotem z plecami.

– Uff! – westchnęła, leżąc na skrzydłach, a następnie poderwała się do góry, zatrzepotała nimi i wylądowała na ziemi – Nareszcie! Wszystko na swoim miejscu.

– Dlaczego tamta para skrzydeł tak po prostu zniknęła?

– Ich właściciel najwidoczniej je wezwał, a nas zdecydowanie wzywa teraz przyjęcie. Chodź, Izuś, pora, żebyśmy i my stąd zniknęły!

 

~*~

 

 

– Niech zgadnę, w damskiej była kolejka? – powitał mnie Kasai, gdy wróciłam do stołu.

– Izumi, cześć!

– Cześć, mała syrenko!

Wtedy zauważyłam, że do mojego towarzystwa dosiadł się ktoś jeszcze – białowłosy chłopak i fioletowowłosa dziewczyna, oboje o ciemnobrązowym odcieniu skóry. Na oko byli nieco starsi ode mnie. Uśmiechali się serdecznie, a ja nie wiedziałam, kim byli, mimo że wydawali się znajomi.

– Ehym… Cześć? – przywitałam się niezręcznie.

– Spójrz, srebrzyku, chyba nie poznaje nas w takiej odsłonie – zachichotał chłopak.

„Srebrzyku? Och, no jasne!” – pomyślałam.

– Uso? Ai? Dobrze was widzieć! – ucieszyłam się.

– Chyba pierwszy raz spotykasz ich w ludzkiej postaci? – odparł Mizu, a ja kiwnęłam głową – W porządku, zresztą dawno się nie widzieliście.

Usiadłam z powrotem na swoim miejscu.

– Widzę, że podoba ci się sukienka, przy której współpracowałam z panem Mizu – skomentowała Ai, uśmiechając się ciepło.

Kiwnęłam głową, ale nie zdążyłam nic więcej powiedzieć, bo nasza uwaga przeniosła się na ogólne poruszenie wywołane wyczekiwanym pojawieniem się Kuuki. Stała pośrodku okrągłej platformy unoszącej się w powietrzu, uśmiechnięta i serdeczna. Po lewej stronie towarzyszyła jej sylfka odpowiedzialna za witanie gości, a po prawej stał Sora ubrany dziś wyjątkowo elegancko. Jego płaszcz zdobiły pawie pióra z szafirowymi oczkami, mieniące się różnymi barwami. Wydawał się nie pełnić roli służącego, a raczej partnera Kuuki na dzisiejszym balu.

– Kochani! – zawołała radośnie pani powietrza, rozkładając ręce.

Ktoś przy dalszej części stołu wywrócił oczami z pogardą, a jakaś grupka gości szeptała coś między sobą, okazjonalnie chichocząc.

– Witam wszystkich bardzo ciepło na przyjęciu z okazji pierwszego Dnia Koegzystencji w dziejach! – ciągnęła Kuuki, najwyraźniej niczego nie zauważywszy – Świętujemy dziś współistnienie wszystkich czterech żywiołów, naszą wzajemną miłość i szacunek oraz pamiętamy, że tylko razem jesteśmy silni.

Rozglądałam się dookoła, wyłapując coraz więcej gości kpiących z przemowy Kuuki, co zaczynało mnie denerwować.

– Skoro dziś świętujemy współistnienie żywiołów, zapraszam do siebie moje rodzeństwo, abyśmy mogli wspólnie oficjalnie rozpocząć dzisiejszą uroczystość – ogłosiła wesoło.

Kasai i Mizu wstali od stołu, aby podejść do dwóch platform, które po nich przyleciały i zawisły w powietrzu. Gdy na nich stanęli, zawiozły ich obok Kuuki.

– Och, więc od dziś istnieją tylko trzy żywioły? – krzyknął ktoś z tłumu.

Spojrzałam w stronę, z której dobiegał głos. W grupie tworzonej głównie przez skalnych ludzi dostrzegłam znajomego mi Akilego z groźną miną. Gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, złagodniał na moment, ale potem zacisnął oczy, odwrócił się i krzyknął:

– Gdzie pani Ardhi? Nie uznajecie jej już za siostrę?

– Ładne mi współistnienie! To tylko kolejna próba wybielenia waszego wizerunku! – zawołał ktoś inny.

– No szanujmy się, pani Chikyuu też ma sobie wiele do zarzucenia! – wtrącił jakiś centaur – Nawet, jeśli jestem jej dziełem, to boli mnie sposób, w jak traktuje ludzi. Zresztą cała czwórka jest siebie warta. Może opowiecie wszystkim o Maledictusie? O przeklętym owocu waszej współpracy, tej całej koegzystencji?!

– Tchórze! Bezwartościowi tchórze!

Byłam przerażona. Coraz więcej gości wstawało i krzyczało, wymachując pięściami w stronę rodzeństwa albo im grożąc. Maledictus… Znałam skądś to imię, ale… skąd?

– Proszę o spokój! – zawołał Kasai, zaciskając pięści w gniewie.

– Kolejny tyran! Żądamy likwidacji hierarchii wśród pół-smoków! Stop dyskryminacji! – wrzeszczała jakaś przedstawicielka tej rasy, poparta przez swoje towarzystwo.

– Hierarchia jest nam akurat potrzebna – odrzekł inny pół-smok.

Wydawał się być gdzieś pośrodku w tej hierarchii, bo co prawda posiadał skrzydła, ale jego kolorystyka wskazywała na pół-smoka z niższych sfer: pomarańczowa skóra, czerwone włosy i żółte ubranie.

Między pół-smokami nastała burzliwa kłótnia, a nawet doszło do rękoczynów. Sylfy służące Kuuki musiały ich z trudem od siebie oddzielać.

– Przestańcie, proszę! – jęknęła Ai, wstając od stołu – Patrzycie tylko na zło. Przyznaję, niektóre czyny nie są godne pochwały, ale pamiętajmy, że wcielenia naszych władców wciąż się zmieniają. Pan Mizu na przykład obecnie bardzo integruje się z naszą społecznością, zawsze jest chętny, by nam pomóc.

Z któregoś końca sali rozległ się skrzekliwy, histeryczny śmiech, który wywołał u mnie ciarki na plecach. Co gorsza, od razu go rozpoznałam…

– Tak, tak, te wcielenia się zmieniają, nawet często, co? – zakpił Kyouki, wzbijając się w powietrze.

Wielu gości wydało niemy okrzyk i patrzyło na niego z przerażeniem w oczach. W pobliżu stał Ciel, jakby niewzruszony.

– Nasz brat nie mógł tu przyjść, a wiecie, dlaczego? – ciągnął tengu – Pan wody ostatnio przeobraził się w swoje dawne wcielenie i wzbudził w naszym Hiroto tak silne wspomnienia, że biedny ma teraz rozdwojenie jaźni! Gdybyśmy go tutaj przyprowadzili, zabiłby was wszystkich, ooo, wszystkich! – pokazał palcem dookoła – Ale Ciel stwierdził, że to zły pomysł – wzruszył ramionami – A właśnie, Ciel, może opowiesz, co zrobiła ci pani powietrza? Dlaczego w ogóle powstałeś?

– Nie mieszaj mnie w to – odburknął tylko.

– Wcale was tu nie zapraszałam. Włamaliście się tutaj! – Kuuki odezwała się takim głosem, jakby miała się zaraz rozpłakać – Wynoście się!

– Co, nie możesz znieść jego widoku, tak? Teraz masz wyrzuty sumienia, teraz?! – śmiał się Kyouki.

Straże Kuuki podleciały do nich, ale Kyouki nie dawał za wygraną, a Ciel otoczył się burzową chmurą.

– Izuuuuumi! – zawołał tengu, podlatując do mnie – Pamiętasz mnie jeszcze, laleczko? Przypominasz sobie, jak pan wody nazwał mojego brata?

– Dziecię rozpaczy? – spytałam, próbując przywołać w myślach tamtą sytuację.

– O, tak! Bo narodził się z rozpaczy pani powietrza po tym, jak pewien młodzieniec, zresztą kolejny, któremu złamała serce, się dla niej zabił! – wygłosił z kpiącym uśmiechem – A Ciel jest tylko upustem jej emocji, zbędnym balastem, którego trzeba było się pozbyć. Szkoda tylko, że teraz musi z tą wrodzoną rozpaczą żyć! Całe, długie, długie lata. Fajnie, co? Kto też by tak chciał, niech podniesie rękę!

Kuuki nie wytrzymywała, załamała się. Mizu objął ją ramieniem, gdy szlochała, a Sora starał się ją pocieszyć. Straże próbowały pochwycić braci, ale byli silnymi przeciwnikami. Kyouki’emu nawet zdawało się sprawiać radość, że go gonili. Kasai próbował zażegnać spór pół-smoków, jednak żadne rozwiązanie im się nie podobało. Ja i Sabine patrzyłyśmy na siebie ze zmartwieniem, nie dowierzając, w jakie święto wzajemnej nienawiści zamienił się ten dzień.

– Dosyć! – zawołał jakiś męski głos.

Spojrzałam w górę, by dostrzec pół-smoka wzbijającego się w powietrze i lecącemu ku Kuuki. Jego skrzydła były piękne, duże i gwieździste.

– Nie pozwolę dłużej obrażać pani Kuuki, której tak wiele zawdzięczam – oznajmił, lądując obok niej.

Miałam dziwne przeczucie, że już się poznaliśmy, ale wtedy uderzyło mnie, że przecież widziałam jego skrzydła – te same, rozgwieżdżone, powściągliwe i wrażliwe.

– Yoru… – odrzekła Kuuki, wyciągając ku niemu rękę.

Chciała coś powiedzieć, ale nagle wykrzywiła się w bólu, a po jej ciele przemknęły srebrne żyłki jak u burzowego ducha.

– Co jej zrobiłeś?! – wrzasnął któryś sylf do Ciela.

– Ja? Nic – odparł obojętnie – Ona się przeistacza.

– O! Moje ulubione wcielenie pani powietrza! – zawołał z radością Kyouki.

Kasai i Mizu spojrzeli po sobie z przerażeniem, po czym złapali Kuuki, wołając, aby za wszelką cenę się nie poddawała. Ona jednak szybko pokryła się burzowymi chmurami, odpychając ich wszystkich od siebie. Ogromna fala uderzeniowa przeszyła całą salę, trzęsąc nią niczym tornado. Z chmur wyłoniła się odmieniona postać Kuuki – złowieszcza i straszna. Jej włosy nieco pociemniały, przechodząc z góry od fioletu do jej standardowego różu u końcówek. Rysy twarzy się wyostrzyły, a tęczówki oczu przybrały granatową barwę. Nosiła na sobie czarne body z piór, dopasowane do koloru skrzydeł, których miała teraz trzy pary – na plecach, na biodrach i na łydkach. Powietrze wokół niej iskrzyło, co chwila tworząc małe błyskawice. Spojrzała na wszystkich z pogardą i zachichotała nieswoim, piskliwym głosem, po czym zawołała, rozkładając uroczyście ręce:

– Kochani! Niech Dzień Koegzystencji zmieni się w dzień waszej zagłady!

Rozdział IX

 Nie rozumiałam zmartwienia w głosie Chikyuu, skoro raczej ona i kitsune wyczekiwały momentu, gdy wiśnia zakwitnie. Nie było jednak czasu na zastanawianie się nad tą kwestią, bo teraz na pierwszym planie pozostawał fakt samego pojawienia się tu pani ziemi wraz ze świtą lisich kobiet, a także to, co zobaczyliśmy przed chwilą. Wszyscy.

Reakcje były różne – ja, Sabine i Arisawa zebraliśmy się raczej blisko siebie, rozglądając się nerwowo po każdym z osobna, a Arisawa dodatkowo uspokajał Chizuru, wyglądając przy tym na naprawdę zdenerwowanego i rozczarowanego. Zrobiło mi się go żal, w końcu zaplanował każdy detal tego przyjęcia, ale tego wtargnięcia najwyraźniej i on, jasnowidz, nie mógł przypuszczać… Większość gości w końcu, z Chizuru włącznie, była niewtajemniczona i oczekiwała wyjaśnień. Jedni stali w osłupieniu, drudzy szeptali coś między sobą, jeszcze inni zaczynali panikować lub robić zdjęcia. Szczeniaczek Yori obszczekiwał intruzów z zapałem.

– Shouta, co się dzieje? Kim one są? – zapytała cicho Chizuru.

– To są… tancerki tematyczne, właśnie zrobiły wielkie wejście! – zawołał ochoczo Arisawa, spoglądając też na innych, aby w to uwierzyli.

– Arisawa, nie trzeba – wtrąciła Chikyuu ze stoickim spokojem – Przetransportujemy płatki z powrotem na wiśnię, a ja wymażę tę scenę z umysłów ludzi.

– Potrafisz to zrobić? – zdziwiłam się.

– W końcu to ja je stworzyłam – odparła z przekąsem, ale nie zdążyła nic zrobić, bo tłum kitsune nagle się rozstąpił i wyłoniła się z niego wysoka postać.

Była to pół-kobieta, pół-klacz spoglądająca na nas z dostojeństwem i opanowaniem. Miała cynamonowobrązową skórę, prosty nos i poważną twarz pokrytą czerwonymi malunkami na czole oraz policzkach. Jej oczy były czarne, a włosy oraz ogon ciemnozielone i nierówno obcięte. Nosiła we włosach pióra i była ubrana w szkarłatne poncho. Jej cała postać emanowała wyższością i wiedzą, jakby była pradawnym, mistycznym mędrcem.

– Pani – rzekła centaurzyca i choć wypowiedziała dopiero jedno słowo, jej głos był tak uspokajający, że momentalnie poczułam się lekko senna – Myślę, że równowaga w tym świecie została już wystarczająco zachwiana, a i ty, moja pani, masz teraz trudności z utrzymaniem balansu. Może ja zajmę się iluzją?

Chikyuu wyglądała na tak bezradną, że jej wyraz twarzy zdawał się teraz mówić: „Zgodzę się na wszystko, bylebyśmy już stąd poszły”, a mnie zrobiło się jej żal. Doskonale widoczne zmęczenie ogarnęło jej twarz, powodując, że jej policzki były zapadnięte, a pod oczami widniały ciemne kręgi. Jakiś czas temu Chikyuu przyznała, że miała problemy z mocą i mogłam teraz porównać jej stan do niedawnego stanu Mizu.

– Proszę, Quispe – odrzekła, ustępując jej miejsca.

Jej imię wypowiedziała jakoś w ten sposób: „ki-spej”, a ja zastanawiałam się, w jakim było języku.

– Przepraszam, ale o co tu chodzi tak właściwie? – odezwał się jakiś kolega Chizuru – To jakaś ukryta kamera czy co?...

Quispe spojrzała na niego, powodując, że znieruchomiał.

– Wszystko jest na swoim miejscu – odparła – Tak, jak mówił ten chłopiec… – wskazała głową na Arisawę – To grupa tancerek, a ja i moja koleżanka to ich menedżerki.

Jej senny głos rozpływał się po moim umyśle, wprowadzając w dziwny stan błogości. Przez ułamek sekundy naprawdę pomyślałam, że oddział kitsune to grupa tancerek, ale zaraz potem przypomniałam sobie prawdę.

– Ta czarownica wprowadza wszystkich w stan iluzji – szepnął do mnie Mizu – Im dłużej będziesz jej słuchać, tym mocniej będziesz wierzyć w to, co mówi.

Quispe chwyciła drewnianą laskę z kryształem o miodowej barwie, który zaświecił, gdy stuknęła nią o ziemię.

– Ale ty jesteś koniem! – krzyknęła Yuri – Jak to w ogóle możliwe?

Część osób się otrząsnęła i znów przypatrywała się nieproszonym gościom ze zdziwieniem.

– Jestem? Naprawdę? Spójrz uważniej… – ciągnęła Quispe, niewytrącona z równowagi.

Jej postać zaczęła zamazywać mi się przed oczami, a szczególnie końska część, która po chwili zniknęła, by ustąpić miejsca ludzkim nogom. Quispe nie trzymała już w ręce drewnianej laski, a mikrofon na stojaku. Mieliśmy tu nagłośnienie?

– Dzień dobry, kochani – przemówiła Quispe, uśmiechając się miękko – Powitajcie nasze tancerki głośnymi brawami, przyjechały do nas z daleka.

Rozległy się oklaski i ja też poczułam potrzebę, by zaklaskać w dłonie. Spojrzałam na ubrane w białe stroje tancerki trzymające w rękach po dwa wielkie, różowe wachlarze. Chwilę potem z głośników popłynęła muzyka, a tancerki rozpoczęły występ. Poruszały się z ogromną gracją, a wokół nich wirowało bladoróżowe konfetti.

Spojrzałam na Chizuru, która była widocznie zadowolona i przytulała się do Arisawy. Uśmiechnęłam się do nich, ale on wyglądał na zaniepokojonego. O co mu chodziło? Przecież wszystko szło zgodnie z planem. Obróciłam się w drugą stronę, gdzie zobaczyłam Mizu rozmawiającego z drugą menedżerką. Chwila… To przecież była Chikyuu!

Okropnie zabolała mnie głowa, aż złapałam się za nią z cichym syknięciem. Poczułam czyjąś dłoń na ramieniu.

– Izumi, wszystko dobrze? – usłyszałam głos Sabine.

Otworzyłam oczy i wszystko wróciło – Quispe była centaurzycą, a tancerki to kitsune udające, że potrafią tańczyć. No cóż… w rzeczywistości średnio potrafiły.

– Tak, ojej… – westchnęłam głęboko, wciąż czując pulsujący ból głowy – Wreszcie otrząsnęłam się z tej iluzji.

– Jakiej iluzji? – zdziwiła się Sabine, marszcząc czoło.

Głowa zabolała mnie mocniej, obraz przed oczami znów zdawał się rozmazany. Pomyślałam jednak stanowczo, że to tylko iluzja.

Odciągnęłam Sabine na bok.

– Nie słuchaj tego, co ona mówi – odrzekłam ściszonym głosem – Przecież znasz prawdę: rozpętała się dziwna burza płatków wiśni, a potem wtargnęła tu Chikyuu wraz ze swoim oddziałem kitsune.

– Och… Co? – szepnęła Sabine, a potem zmrużyła oczy – Ach, tak! Nie wierzę, że dałam sobie to wmówić… Moja głowa… – jęknęła, rozmasowując sobie czoło.

Spojrzałam na kitsune wciąż udające tancerki. Mizu pomagał Chikyuu przenieść płatki wiśni do glinianej kuli, którą zrobiła.

– Hej, wszystko w porządku? – spytałam, podchodząc do nich – Co się stało z Wieczną Wiśnią?

Chikyuu westchnęła ciężko.

– Tak, jak mówiłam, zakwitła… i przekwitła – odparła – Płatki nagle na niej wyrosły, a potem wszystko się zatrzęsło i oderwały się od łodyg, by nacierać na wszystko jak wielka burza piaskowa. Dziękuję, że je zatrzymałeś, bracie.

Mizu wzruszył ramionami.

– Coś musiałem zrobić… – machnął ręką – I co dalej? Jak zamierzasz przywrócić wiśnię do rozkwitu?

– Mam nadzieję, że moce mnie nie zawiodą, wtedy wszystko powinno pójść po mojej myśli – odrzekła Chikyuu.

Miałam wrażenie, że z każdą chwilą wyglądała na coraz bardziej zmęczoną. Brzmiała natomiast, jakby próbowała przekonać samą siebie do słuszności swych słów. Mizu przyglądał się jej, marszcząc czoło, gdy po jego twarzy przebiegł cień niepokoju. Przez moment wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie pozostał w milczeniu. Płatki wiśni zostały zamknięte w glinianej kuli, przy której zgromadziło się parę kitsune. Quispe wciąż ogarniała wzrokiem zahipnotyzowanych gości, najwidoczniej zupełnie pochłoniętych „tańcem”. 

– Chciałabym teraz udać się z powrotem do wiśni – oznajmiła Chikyuu, podchodząc bliżej Quispe.

Centaurzyca nieco mocniej ścisnęła swoją magiczną laskę, z której sączyło się żółte światło.

– Pani, czy nie lepiej będzie, jeśli poczekamy, aż odzyska pani siły? – spytała, nie odrywając wzroku od hipnotyzowanych gości – Już wystarczająco dużo zużyła jej pani na rozkwit... Ostrzegałam, że działanie wbrew naturze nie pomoże.

– Dam radę – westchnęła Chikyuu – Poza tym, sama tę naturę stworzyłam...

– Tym bardziej... – podjęła Quispe – Ale skoro taka jest pani decyzja, nie będę nalegać.

Hipnotyzerka stuknęła laską o ziemię, po której w efekcie rozeszło się parę żółtych kręgów. Ogarnęłam wzrokiem zgromadzonych. Widok znajomych twarzy gapiących się na nią nieobecnym wzrokiem był dla mnie dosyć niepokojący.

– Dziękujemy za waszą uwagę – przemówiła, używając swojej laski, a ja tym razem nie dałam się nabrać, że to mikrofon – Nasze tancerki cieszą się, że mogły tu wystąpić. 

– A my dziękujemy wam za przybycie – odezwał się nagle Arisawa.

Stał niedaleko, obejmując ramieniem Chizuru, a z jego twarzy mogłam wyczytać zakłopotanie.

– Teraz zapraszam wszystkich do środka, będziemy grać w pewną grę – ogłosił, po czym goście zaczęli się kierować w stronę tylnego wejścia.

Zostałam przy Chikyuu wraz z Mizu i Sabine. Arisawa szepnął coś jeszcze do Chizuru, zanim i ona udała się z gośćmi do domu, a potem do nas dołączył.

– Co to miało być? – spytał z wyrzutem, kierując oskarżycielski wzrok na panią ziemi.

– Mówiłam już, doszło do pewnego incydentu z wiśnią – odrzekła zmęczonym głosem – Spokojnie, nikt nie będzie niczego podejrzewał, iluzja zrobiła swoje.

– Właśnie... – wtrąciłam, przenosząc spojrzenie na Quispe – Jak to zadziałało? Nie sądziłam, że sama się na nią nabiorę...

– Ja też nie – mruknęła Sabine.

– Po prostu was okłamałam – odparła iluzjonistka, wzruszając lekko ramionami – Iluzja to kłamstwo, a powtarzane wiele razy staje się prawdą. Ten chłopiec coś o tym wie – wskazała laską na Arisawę – Pierwszy podjąłeś próbę wybrnięcia z sytuacji.

Ściągnął brwi, robiąc swoją klasyczną, obrażoną minę, którą bardzo dobrze znałam.

– No a co miałem zrobić? Nawet zbytnio nie przejęłyście się tym waszym wtargnięciem! – zawołał.

Zerknęłam na kitsune. Część z nich szeptała między sobą o ich małym przedstawieniu i kompromitacji. Akane uśmiechnęła się do mnie słabo.

– Wszystko jest już w porządku, a my nie mamy czasu – oznajmiła Chikyuu głosem, w którym słychać było stłumiony gniew – Teraz rozejdziemy się w swoje strony i nie ma potrzeby do tego wracać.

To powiedziawszy, odwróciła się z impetem na pięcie, wciąż dzierżąc glinianą kulę z płatkami.

– Świetnie, nie ma to jak rozwiązywanie problemów poprzez uciekanie od nich! – zawołał za nią Arisawa.

 

– Hej, już spokojnie... – odezwał się Mizu, kładąc mu dłoń na ramieniu.

– Zostaw mnie! Oczywiście, że bierzesz jej stronę, bo jest twoją siostrą – prychnął – Przez wasze cyrki wciąż muszę okłamywać moją dziewczynę.

– To jej wreszcie powiedz... – poradziła nieśmiało Sabine.

– Nie mam zamiaru narażać jej na niebezpieczeństwo – upierał się Arisawa, po czym spojrzał na odchodzącą Chikyuu – A ty dokąd? Naprawdę zamierzasz uciec? A więc jednak jesteś żałosna...

Pani ziemi zatrzymała się gwałtownie. Nie widziałam jej twarzy, ale mogłam sobie wyobrazić, co się na niej malowało. Mizu spojrzał na siostrę z przerażeniem, a Arisawa wciąż rzucał kolejnymi obelgami w jej stronę. Nie chciał słuchać, gdy próbowaliśmy go uspokoić. To wtargnięcie bardzo nim wstrząsnęło, bo w końcu jego pieczołowicie przygotowywany plan imprezy wymknął się spod kontroli. Nie przekonywał go argument, że nikt już o tym nie pamiętał. Sama Quispe usiłowała wytłumaczyć znaczenie iluzji, jednak i jej Arisawa nie chciał słuchać.

– Chciałem choć raz odpocząć od tego zgiełku, ale nie! Nagle wpadacie wy i rujnujecie cały mój grafik! – ciągnął.

Przerzuciłam wzrok na Chikyuu. Stała niewzruszenie, dopóki coś w niej się złamało.

– DOSYĆ – wycedziła przez zęby głosem wzbudzającym grozę – Myślisz, że sama to planowałam? – syknęła, po czym wreszcie się odwróciła.

Sabine wydała z siebie niemy okrzyk, co w pełni rozumiałam. Wzrok Chikyuu był tak gniewny, że bez problemu mogłam wyobrazić sobie, jak zamieniał całe setki ludzi w kamień. Sama poczułam, jak pod jego wpływem zesztywniałam i nie odważyłam się nic powiedzieć. Arisawa zamilkł, wyglądając przy tym na zmieszanego.

– Ty nędzna istoto, niewypale mojego geniuszu – kontynuowała pani ziemi, zbliżając się do niego jak omen śmierci. Nie krzyczała, ale ton jej głosu mroził krew w żyłach – Ty ograniczony, tępy niewdzięczniku. Wiesz, przez co przechodzę? Moja moc wciąż mnie zawodzi, w dodatku Wieczna Wiśnia, jej strażniczka, nie zakwitła do dziś, a kiedy to się stało, natychmiast obumarła!

– Pani... – podjęła Akane.

– Siostro... – wtrącił Mizu.

– Zamilknijcie! – uciszyła ich Chikyuu, zaciskając pięści. Ziemia pod nami lekko się zatrzęsła – Nikt z was nie wie, jak to jest, gdy powierzają ci opiekę nad życiem, a jedyne, co potrafisz, to tylko uśmiercanie! Nikt z was, nikt mnie nie rozumie! 

Usłyszałam szuranie, gdy Mizu gwałtownie chwycił mnie w ramiona i odsunął na bok. Zobaczyłam pod stopami pękającą szczelinę w ziemi, pod wpływem czego krzyknęłam.

 

– Moja pani, moc jest niestabilna – zauważyła Quispe.

– WIEM – wycedziła Chikyuu, rzucając jej to okropne spojrzenie – Już od dłuższego czasu jest niestabilna, dziękuję za tę jakże cenną uwagę. 

Skierowała jeszcze parę wyzwisk w stronę szamanki, gdy Arisawa skorzystał z sytuacji i zaczął ostrożnie się wycofywać, dając nam do zrozumienia, abyśmy zrobili to samo. Nie uszedł jednak za daleko, kiedy z ziemi wyskoczył gruby korzeń, aby owinąć się wokół jego nogi.

– I kto teraz ucieka od problemów? – warknęła Chikyuu, zręcznym gestem podając glinianą kulę jednej z kitsune – Ponieś jarzmo swych ciężkich słów, chłopcze! – zawołała, celując w niego lewą ręką, a w ziemi pojawiła się kolejna szczelina.

– Przestań natychmiast! – rozkazał Mizu, osłaniając mnie – Siostro, nie jesteś sobą.

Na jej twarzy pojawił się uśmiech, który bynajmniej nie wyglądał przyjaźnie – wręcz przeciwnie, nawet szaleńczo. 

– Którą sobą nie jestem? Braciszku, zastanów się, co ty mówisz! – roześmiała się piskliwie, co dziwnie kojarzyło mi się ze skrobaniem paznokciami po tablicy.

Chikyuu rozłożyła ręce, nieco się zataczając. Na jej twarzy wciąż tkwił ten obłąkany uśmiech, a po policzkach spłynęło kilka łez. Ziemia znów zadrżała.

– Moja pani! Zaburza pani równowagę natury! – zawołała Quispe, stając tuż przed nią.

– Uwolnij Shoutę! – zażądała Sabine, próbując mu pomóc wydostać się z objęcia konara – Przepraszam, Arisawę...

– Teraz to nie jest już takie ważne, ale dzięki – jęknął.

Wtedy Chikyuu zamknęła oczy, nagle zmieniając swoją postać. Jej ciało pokryła ziemia, po czym zaschła jak glina, a gdy pękła, pani ziemi wyglądała jak ulepiona ze swojego żywiołu. Jej nogi zniknęły, ustępując miejsca wirującej ziemi, a wokół niej lewitowało parę kamieni.

– Czy to jest jakieś inne wcielenie? – szepnęłam do Mizu.

– Nie... Gorzej – odparł z przerażeniem w oczach – To forma żywiołaka, a ja muszę natychmiast coś z tym zrobić. Wybaczcie mi na chwilę!

Ścisnął mnie krótko za rękę, a następnie rzucił się w stronę Chikyuu, żeby zmienić się w wodę i zniknąć razem z nią. Przez chwilę staliśmy w osłupieniu.

– Teleportował się gdzieś z nią – wyjaśniła Quispe.

– Miejmy nadzieję, że przemówi jej do rozsądku... W końcu są rodzeństwem – westchnęła Sabine.

– Ty... – syknęła jakaś kitsune, podchodząc do Akane – Od początku wiedziałam, że powierzanie ci straży nad wiśnią nie było dobrym pomysłem! I zobacz, coś narobiła!

– Oczywiście! – zawtórowała jej inna – Gdyby wiśni strzegł ktoś kompetentny, nie doszłoby do tego. Drzewo nie obumarło przez panią Chikyuu, tylko przez ciebie! 

– Ej, dosyć tego! – oburzyłam się – Wzajemne obwinianie się nic tu nie da. Naprawdę chcecie podżegać te negatywne emocje? Lepiej módlmy się, żeby Chikyuu odzyskała zmysły!

– Dziękuję, Izumi Tsuki – odrzekła Akane, lekko się uśmiechając, po czym podeszła do Arisawy i dotknęła oplatającego go korzenia, a ten zwolnił uścisk i wrócił do ziemi.

Arisawa odetchnął z ulgą.

– Dziękuję – westchnął – Niepotrzebnie się uniosłem...

– Nie zmienimy przeszłości, ale to nie znaczy, że mamy akceptować teraźniejszość – stwierdziła Akane – Proszę, daj mi kulę z płatkami. Muszę być teraz tam, gdzie moje miejsce: przy wiśni – zwróciła się do kitsune, której Chikyuu podała płatki.

– Teraz to nagle jest twoje miejsce... – zakpiła, ale oddała jej kulę.

– A co z Mizu i Chikyuu? – zmartwiła się Sabine.

Quispe spojrzała na nas spod lekko opuszczonych powiek. Nie miałam pojęcia, skąd brał się w niej ten spokój mimo tego, co się wydarzyło. 

– Nie nam należy się już tym martwić – stwierdziła – Akane, jeśli chcesz, wracaj do wiśni, a reszta kitsune niech idzie za mną. Pani Chikyuu zapieczętowała dla nas portale na powrót do domu. 

Widać było, że miała posłuch wśród kitsune, bo natychmiast udały się za nią, choć nie spodziewałam się po nich takiego jednogłośnego posłuszeństwa. Miałam wrażenie, że były raczej złośliwe, sądząc po tym, jak zwracały się do strażniczki Wiecznej Wiśni. Racja, właściwie nie znałam Akane, ale chyba przez to nasze pierwsze spotkanie automatycznie brałam jej stronę. 

– Wszystko w porządku? – zapytałam ją, widząc, jak wpatrywała się w odchodzące kitsune nieco zaniepokojonym wzrokiem.

– Mają rację, jestem jedną, wielką porażką... – westchnęła, spoglądając na glinianą kulę – Ale zaraz wszystko naprawię, dajcie mi czas... – dodała, po czym pobiegła przed siebie, zapewne do wiśni.

Omiotłam wzrokiem ogród rodziny Zakuro. Stół z przekąskami nieco zapadł się w ziemię pod wpływem szczelin spowodowanych przez Chikyuu. Dekoracje urodzinowe trochę się przekrzywiły, a girlanda spadła na ziemię. 

– I co teraz? – spytała cicho Sabine.

– Ja... Chciałbym jednak wrócić na przyjęcie – oznajmił Arisawa – Przepraszam, po prostu chcę spędzić jeden, normalny dzień z Chizuru.

– Jasne, leć do niej – odparłam, uśmiechając się lekko – Wszystko w porządku z twoją nogą?

– Ten konar trochę mnie obtarł, ale nie ma powodu do paniki – odrzekł – A wy co teraz zamierzacie?

– Nie wiem, jak ty, Sabine, ale ja martwię się o Mizu i Chikyuu. 

– Ja też... I mam pewien pomysł, chodź! – oświadczyła – Wybacz, Arisawa, już podziękujemy za przyjęcie. Cieszę się, że mogłam na nie wpaść, ale i tak niedługo zmienię swoją postać. 

– A Chizuru na pewno jest zadowolona – dodałam – Może nie wszystko poszło według planu, ale jest dobrze, zaufaj.

– Tak... To na razie, dziewczyny – pożegnał nas speszony, po czym wszedł do domu Chizuru.

 

~*~

 

Szłyśmy dosyć sprężystym krokiem na przystanek autobusowy, gdy Sabine tłumaczyła mi swój plan. 

– Musimy dotrzeć do kogoś, kto dobrze zna Chikyuu – ciągnęła – Pomyślałam o Kage. Wydaje mi się, że nie odmówi nam, kiedy przedstawimy mu sytuację.

– Wiesz, gdzie on mieszka? Gdy byłyśmy tam ostatnio, teleportowaliśmy się bezpośrednio do domu – przypomniałam.

– W salonie było duże okno, przez które ładnie było widać okolicę. Byłam kiedyś na tym osiedlu, znam drogę.

Dotarłyśmy na przystanek, gdzie czekało już kilkoro ludzi. Powoli robiło się ciemno, a ja martwiłam się, że Sabine niedługo zmieni postać, jednak ona stwierdziła, że zdążymy jeszcze wsiąść w autobus, a tak będzie szybciej. Na szczęście nie czekałyśmy zbyt długo, gdy wjechał na przystanek. 

Jakieś dziesięć, piętnaście minut później wysiadłyśmy na osiedlu, gdzie miał mieszkać Kage. W autobusie sprawdziłam, czy nie ma jego danych gdzieś w Internecie, ale za to na stronie powiązanej z księgarnią znalazłam numer telefonu do Caprice, a stąd już po nitce do kłębka. Jako że nie wiedziałyśmy, w którym dokładnie domu mieszkali, Sabine zadzwoniła pod znaleziony numer.

– Caprice Griffin, słucham? – rozległ się szczebioczący głos.

 

– Dzień dobry! Tutaj Sabine Okawa, kiedyś byłam-

Urwała i zgięła się wpół. Doskonale wiedziałam, co to oznaczało, więc szybko zabrałam ją w ustronne miejsce, żeby mogła dokończyć przemianę, po czym przejęłam telefon.

– Halo, halo? Wszystko w porządku? – zmartwiła się Caprice.

– Przepraszam, czy mogłybyśmy jakoś dotrzeć do Kage Hoshizory? Izumi Tsuki i Sabine Okawa, zabrał nas kiedyś do Podziemia... Potrzebujemy jego pomocy w sprawie Chikyuu, straciła panowanie nad sobą. Jesteśmy na waszym osiedlu. Jeśli jesteście w domu, proszę, podajcie dokładny adres.

– Słodki, letni wietrzyku... – westchnęła Caprice z przejęciem – Numer 18, zapraszamy! Kocie! – rozłączyła się.

Spojrzałam na przemienioną już Sabine. Wyprostowała czarne skrzydła, poprawiając przy tym sukienkę w tym samym kolorze. Wydawało mi się, że jej ciało pokrywało jeszcze więcej łusek niż poprzednio.

– Wszystko w porządku, możemy iść – oznajmiła, chowając skrzydła.

Udałyśmy się pod podany adres, mając nadzieję, że wygląd Sabine nie przyciągnie zbytniej uwagi. Na szczęście dosyć sprawnie znalazłyśmy się pod numerem 18 i zadzwoniłyśmy do drzwi. Krótko potem stanął w nich Kage z identyczną, poważną miną, z jaką go zapamiętałam.

– Wchodźcie – rzucił tylko, a my szybko wślizgnęłyśmy się przez drzwi do mieszkania.

Caprice zaprosiła nas do salonu, gdzie usiedliśmy wszyscy razem, a ja i Sabine mogłyśmy opowiedzieć o całym zajściu.

– Ten niezrównoważony dzieciak… – prychnął Kage, komentując zachowanie Arisawy – Pozwólcie, że się zastanowię. Przychodzi mi chyba tylko do głowy sprowadzenie Oliviera. Razem raczej będziemy w stanie namierzyć Chikyuu, a sam Olivier wie, jak przemówić jej do rozsądku.

– Nie wyglądasz raczej na zdziwionego, że tak się stało – zauważyła Sabine – Czy podobna sytuacja miała już kiedyś miejsce?

– Właściwie ma coraz częściej – westchnął Kage – Bardzo się martwię… Ale cóż, nie mamy czasu do stracenia.

– A co z Mizu? Czy ma jakieś szanse uspokoić Chikyuu? – podjęłam.

– A jak myślisz? To on pierwszy splagiatował jej dzieło, a ich relacja nie należy do najlepszych – wyjaśnił – Poczekajcie tu na mnie, sprowadzę Oliviera.

Kage zmienił się w cień, a nam pozostało oczekiwać, aż pojawi się tu z powrotem. Caprice spojrzała na nas zachęcającym wzrokiem.

– Ech, szkoda, że to wyszło dzisiaj – odparła, podpierając głowę ręką trzymaną na kolanie – W naszą rocznicę…

– Och… – speszyłam się równocześnie z Sabine.

– Nie przejmujcie się – stwierdziła Caprice, uśmiechając się jednak w taki sposób, jakby wcale nie chowała urazy.

W spojrzeniu miała coś takiego, że mimo jej słów zaczęłam się przejmować. Sabine odchrząknęła nerwowo.

– Właściwie to dlaczego Kage może przekraczać granice życia i śmierci? – zaciekawiła się.

– Hm… Mam nadzieję, że się nie obrazi, jak pokrótce wam opowiem – odrzekła Caprice, jeszcze chwilę się zastanawiając – Był kiedyś dzieciakiem błąkającym się po Podziemiu, aż pewnego dnia Chikyuu się nad nim zlitowała i nauczyła go podróżować przez cień, dzięki czemu powrócił do świata żywych.

– Wskrzesiła go? – dopytałam.

– Niezupełnie… To znaczy, dzięki cieniowi Kage mógł wrócić między żywych, ale śmierć chciała go zabrać z powrotem. Wylądował bowiem w jeziorze, a nie potrafił pływać… i wtedy się poznaliśmy – dodała, wzdychając z lekkim uśmiechem – Leciałam nad polaną, gdy usłyszałam, jak się topił i wyciągnęłam go z wody. Od tego czasu Kage powoli przyzwyczaja się do ponownego życia, jakby stopniowo nabierał go z powrotem.

– Czyli jednak mu się udało – podsumowałam – A dlaczego tak przestrzegał nas przed przekraczaniem linii między życiem a śmiercią?

Caprice uśmiechnęła się krzywo.

– Cenę za to zapłaciła sama Chikyuu. Ten akt wbrew naturze nieco pomieszał jej w głowie… Dlatego czasem traci kontrolę, co same pewnie widziałyście dzisiaj. Kage wciąż się obwinia, a ja… – urwała na chwilę, pozwalając, by nieco łez napłynęło jej do oczu – Ja go kocham. Nie chcę, by jeszcze mnie opuszczał…

Ja i Sabine spojrzałyśmy po sobie, nie wiedząc, co powiedzieć. Przypomniałam sobie obłęd w oczach Chikyuu, który tak mnie przeraził. Więc przywrócenie Kage do życia było tym, co sprawiało, że jej moc była niestabilna? Przyszedł mi na myśl dzień, w którym siedziałam spokojnie w ogrodzie, aż nagle z ziemi wyłoniła się ręka i złapała mnie za kostkę. Wtedy Chikyuu napisała w ziemi groźbę pod moim adresem, że powinnam przemyśleć, czy na pewno chciałam zadawać się z Mizu. On sam skomentował to słowami: „Nie przejmuj się nią… Czasem jej tak odwala”. W dodatku dziś pod wpływem napadu gniewu krzyczała, że nikt jej nie rozumiał. Poczułam wobec niej współczucie, bo może rzeczywiście zawsze była przytłoczona presją otaczającego ją świata, mimo że sama go współtworzyła. Miałam nadzieję, że Olivier mógł jej pomóc.

Siedziałyśmy chwilę w ciszy, podczas której myślałam nad opowieścią Caprice. Sabine przyglądała się jej ukradkiem, gdy bawiła się rąbkiem czerwonej sukienki. Nagle powietrze w salonie nieco zafalowało i zawisła w nim ciemna mgła, która stopniowo wyłoniła dwie męskie sylwetki.

– Dobry wieczór – przywitał się Olivier, jak gdyby wpadł na podwieczorek, po czym skinął nam uprzejmie głową.

– Wybaczcie, mieliśmy przypadek potencjalnego podróżnika między życiem a śmiercią… Jakiś dzieciak chciał dostać się przedwcześnie w zaświaty – oznajmił Kage – Ale kryzys zażegnany.

– Chciałem dodać, abyście się nie martwiły, drogie panienki – odrzekł Olivier – Kage i ja odprowadzimy bezpiecznie Chikyuu do jednej z jej siedzib, nic jej się nie stanie.

– A Mizu? – spytałam już drugi raz tego wieczoru – Chcę wiedzieć, co teraz się z nim dzieje, idę z wami.

– Izumi Tsuki… Jeżeli i on uwolnił żywiołaczą formę, to stanowczo ci tego odradzam – zakazał Kage niczym surowy ojciec.

– Ale jestem powierniczką jego mocy! Idę i koniec – uparłam się.

Kage spojrzał błagalnym wzrokiem na Caprice.

– Kochanie… Proszę, chociaż ty zostań. Tu będziesz bezpieczna – zwrócił się do niej.

Caprice podeszła do niego z lekkim uśmiechem na ustach.

– Nie marnujcie czasu i już idźcie, a ja odprowadzę do domu Sabine – stwierdziła.

– A Tsuki? – zapytał Kage, wskazując na mnie głową.

– Nie słyszałeś? Izumi idzie z wami – poparła mnie Caprice, za co byłam jej wdzięczna.

Kage już nie protestował, tylko zawołał mnie gestem ręki, a potem wraz z nim i Olivierem staliśmy się cieniem.

 

~*~

 

Znaleźliśmy się na ogromnym polu, gdzie najwidoczniej trwała walka. Ziemia była popękana i poryta, a gdzieniegdzie leżały wielkie kałuże. Wtedy zobaczyłam Chikyuu i Mizu – oboje w postaciach żywiołków, emanujących jakąś potężną i mistyczną energią. Sylwetka Mizu przewijała się gdzieś w fali wody, którą nacierał na ziemistą Chikyuu i jej wirujące skały. Krzyczeli coś do siebie nawzajem, ale nie byłam w stanie zrozumieć sensu ich słów.

– No pięknie – mruknął Kage pod nosem.

– Na razie się gdzieś schowajcie, proszę – odparł Olivier, po czym sam ruszył w stronę bitwy.

– Co on robi? – jęknęłam.

– Nic mu nie będzie, chodź! – rozkazał Kage donośnym szeptem, pociągając mnie za rosnące nieopodal drzewo.

Chikyuu szalała, ciskając skałami gdzie popadnie. W swojej furii pobijała nawet Kasai’a, czego nigdy bym się nie spodziewała. Olivier szedł w jej stronę spokojnym krokiem, a ja zastanawiałam się, ile już razy przeżył z nią coś takiego.

– Moja najdroższa pani – przemówił donośnym głosem, czym zwrócił jej uwagę.

Chikyuu zatrzymała się w kłębie pyłu unoszącego się w powietrzu pod wpływem spektakularnego upadku wielkiej skały, którą sama rzuciła.

– Olivier?... – spytała już całkiem spokojnym głosem.

Mizu rozejrzał się, zdezorientowany. Jego wodna sylwetka nieco falowała, podczas gdy ja żałośnie pomyślałam, że nawet w tej formie był przystojny. Wychyliłam się lekko zza drzewa, czując, jak Kage pociągał mnie za rękę, żebym znów się schowała. Mizu jednak zauważył mnie i teleportował się obok nas. Chikyuu nawet tego nie zauważyła, była skupiona na Olivierze.

– Co ty tu robisz? – zaciekawiła się, gdy stanął bliżej niej.

– Chikyuu… Wróćmy do domu, proszę – odrzekł delikatnie, wpatrując się w nią czule.

W jednej chwili zmieniła się z powrotem w swoją standardową postać, po czym opadła mu w ramiona. Wyszeptała coś, czego nie byłam w stanie dosłyszeć, a potem resztkami sił otworzyła portal, w którym oboje zniknęli.

– Wow, to… już? – wydusiłam z siebie, będąc w głębokim szoku.

– Poszło nawet szybciej niż zwykle – stwierdził Kage, wzruszając ramionami – To co, wracamy?

– Izumi – zwrócił się do mnie Mizu, a Kage przewrócił oczami, widocznie czując się zignorowany – Dlaczego za mną poszłaś? Mogło być niebezpiecznie…

– Miałam cię tak zostawić? Daj spokój, martwiłam się… – odparłam, marszcząc lekko czoło – Wyglądasz… Inaczej.

– Och, tak… – westchnął, a następnie wrócił do swojej ludzkiej postaci – Wybacz, zapomniałem się. Próbowałem uspokoić siostrę, ale ona nie chciała słuchać i tylko atakowała… Nigdy nie widziałem w niej tyle mocy.

– Skoro z wiśnią jest jakiś problem, to moc pewnie zupełnie wymknęła się spod kontroli – wtrącił Kage – Jeśli czegoś nie zrobimy, z Chikyuu może być naprawdę źle…

– Co może się jej stać? Chyba nie umrze? – spytałam z niepokojem.

– Nie, ale może zostać taka jak dzisiaj, a wtedy nawet i Olivier jej nie uspokoi… – zmartwił się Mizu.

– Mam nadzieję, że Akane, strażniczce Wiecznej Wiśni, udało się przywrócić rozkwit – dodałam.

– Obawiam się, że to może wcale nie być takie proste… Wracajmy. Już nic tu po nas – uciął Kage, po czym Mizu otworzył dla nas portal powrotny.