W życiu nie znalazłam się w tak niezręcznej sytuacji jak ta. Czułam narastającą panikę, błagając w sercu, żeby to wszystko było tylko dziwnym snem, z którego zaraz się obudzę. Nie było jednak na co czekać, nie było dokąd uciekać.
– Mamo… Tato… – odezwałam się, usiłując się uspokoić – To jest… Mizu.
Mizu wyszczerzył zęby w niezręcznym uśmiechu, ukazując swój ostry zgryz, czym na pewno nie przekonał do siebie mojego taty.
– Po prostu… Mizu? – zdziwił się.
– N-nie, to znaczy… Mizu to jego imię – wyjaśniłam.
– Tak, nazywam się Mizu… Mizu Yousu – wypalił ten niebieski, niezręczny ziemniak, który właśnie przedstawił się jako „Woda Żywioł”. Subtelnie.
Rodzice obrzucili go równie zmieszanym spojrzeniem co ja. Mama przyglądała się jego koszulce, a była to ta sama, którą założył na tamten wieczorek karaoke, z napisem: Jeśli lubisz wodę, to lubisz już 70% mnie. Tato natomiast patrzył to na Mizu, to na mnie, widocznie oczekując dalszych wyjaśnień. Odchrząknęłam.
– Tak, Mizu jest moim znajomym z… Poznaliśmy się na karaoke – ciągnęłam, spoglądając znacząco na Mizu, a on miał szczęście, że potwierdzał moje słowa skinieniem głowy.
– Chodzisz na karaoke? A to nowość… – stwierdziła mama w zamyśleniu.
Zawsze tak mnie wypytywała o chłopców w moim życiu, ale najwidoczniej nigdy nie spodziewała się, że kiedyś przyprowadzę do domu kogoś takiego jak Mizu. Wyglądał w końcu na dosyć buntowniczego nastolatka – zapewne rodzice wzięli jego włosy za farbowane, a kremowo-sinawą skórę za po prostu posiniaczoną, może od bójek, a fakt, że zadawałam się z kimś takim, musiał być wyjątkowo szokujący dla moich rodziców, święcie przekonanych o tym, że wiodłam spokojne życie samotniczki-kujonki.
– Więc jak długo się znacie? – spytał tata, a Mizu niestety odpowiedział za mnie:
– Dokładnie sto sześćdziesiąt osiem dni.
Ta odpowiedź, jak się można zresztą domyślić, nie pomogła ustabilizować sytuacji, a wręcz sprawiła, że rodzice obrzucili Mizu i mnie jeszcze bardziej zszokowanymi spojrzeniami.
Odchrząknęłam.
– W każdym razie Mizu właśnie wychodził i dosyć mu się spieszy, więc wybaczcie – odrzekłam, modląc się o koniec tej historii.
– Ach… Tak, tak! – potwierdził Mizu, ochoczo kiwając głową, co musiało wyglądać dość komicznie – Miło było poznać. Pani Tsuki, widać, po kim Izumi odziedziczyła urodę – dodał, po czym ucałował dłoń mamy, na co tata napiął się jeszcze bardziej, a szczerze mówiąc, był z niego kawał chłopa i raczej nie chciałam widzieć, jak rzuca się z pięściami na Mizu – Panie Tsuki – zwrócił się do niego, a ja zamarłam – Pan to musi być dumny z córki, jest wspaniałą osobą. Dziękuję, do widzenia!
To powiedziawszy oraz pewnie dostrzegłszy moje spanikowane spojrzenie, w tempie natychmiastowym skierował się do drzwi i opuścił nasz dom. Nastał moment ciszy, podczas którego wydarzenia sprzed chwili zdawały się rozbrzmiewać głuchym echem.
Rodzice spojrzeli na mnie równocześnie.
– Ten chłopiec ma coś z wodą?... – spytała mama niewinnie i rozczulająco, ale zanim zdążyłam coś zmyślić odnośnie tego pytania, odezwał się tata:
– Jakoś nigdy nawet nam o nim nie wspominałaś. Przez sto sześćdziesiąt osiem dni – dodał, oddzielając każdą liczbę.
– A wygląda to na dosyć bliską znajomość, skoro oboje zwracacie się do siebie imieniem… – zauważyła mama – Nawet do Shouty Arisawy nie mówisz po imieniu, Izumi.
– Bo go nie lubi… Tylko Chizuru Zakuro ma przywilej zwracania się do niego w ten sposób – odpowiedziałam, siląc się na spokojny głos.
– Nieważne, nie ten chłopiec jest przedmiotem tej dyskusji – uciął tato – A ten cały Yousu? Gdzie on w ogóle mieszka? Uczy się w twojej szkole? Kim jest jego rodzina?
– Tato…
– Często tak sobie chadzasz na te wieczorki karaoke i poznajesz jakichś tajemnych kolegów? – ciągnął, a ja z każdym pytaniem czułam narastającą falę gniewu.
– Ryuu…
– A może szlajasz się jeszcze gdzieś indziej? Obyś nie włóczyła się nocami po klubach i melinach!
– Wiesz co, tato, może byś nie musiał się teraz o to pytać, gdybyś nie spędzał całego swojego czasu w pracy, a zaczął się trochę interesować życiem twojego teraz jedynego dziecka! – wrzasnęłam tak głośno, że sama się przestraszyłam.
Tata zamilkł, a mama patrzyła na niego z mieszanką strachu i poczucia winy. To samo pewnie teraz malowało się i na mojej twarzy. Czułam jednocześnie wstyd oraz satysfakcję z wykrzyczanych słów, zdając sobie sprawę, że dokładnie to chciałam powiedzieć rodzicom, odkąd zaczęli się izolować po śmierci Daisuke. Czułam przez nich coś, co przypominało otwartą, zionącą pustką dziurę w mojej klatce piersiowej, która aż rwała całym moim ciałem.
– Przepraszam – odezwałam się po chwili, czując łzy napływające do oczu – Nie powinnam była tego mówić w ten sposób, ale tak naprawdę chciałam wam to powiedzieć już od jakiegoś czasu.
Traciłam panowanie nad łzami, więc nawet nie czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony rodziców, pobiegłam na górę zamknąć się w moim pokoju.
~*~
Wieczorem rodzice próbowali jeszcze raz ze mną porozmawiać, ale nie wpuściłam ich do pokoju. Czułam, że gdyby teraz doszło między nami do rozmowy, bardzo szybko przerodziłaby się w kolejną kłótnię, a ja musiałam się uspokoić.
Z poczuciem winy, ale też pewnej słuszności, unikałam rodziców do końca dnia. Udało mi się jeszcze ukradkiem wziąć z kuchni nieco jedzenia, żeby złożyć Mizu ofiarę. Przyjął ją, ale nie pojawił się już u mnie w domu, za co byłam mu wdzięczna.
Następnego dnia mama przyszła mnie obudzić. Przestraszyłam się, że zaspałam, ale okazało się, że specjalnie przyszła trochę wcześniej, a w dodatku przyniosła mi kubek herbaty na rozpoczęcie dnia. Podała mi go, po czym skierowała się w stronę drzwi, a ja jeszcze zdążyłam jej odpowiedzieć:
– Dziękuję.
Mama lekko się uśmiechnęła, a następnie wyszła z pokoju.
Gdy zeszłam na dół do kuchni, tata przygotowywał gofry wycięte w kształt sierpowego księżyca, czego już dawno nie robił. Zasiedliśmy wspólnie do stołu, a ja poczułam się jak pewnego niedzielnego poranka parę ładnych lat temu, gdy jedliśmy gofry o tym samym kształcie, a potem zabraliśmy z domu rzeczy i pojechaliśmy za miasto na cały dzień. Miałam przeczucie, że rodzice starali się dzisiaj specjalnie dla mnie i serce mi zmiękło. Znów gryzły mnie wyrzuty sumienia za wczoraj, jednak dzisiaj widziałam tego pozytywne skutki. Czy znowu będzie jak dawniej?...
Na razie nie wracaliśmy do rozmowy z wczoraj, bo i zresztą w porannym zgiełku nie było na to czasu, ale czułam, że prędzej czy później do tego dojdzie.
W szkole pojawił się kolejny powód dla moich wyrzutów sumienia – Kaito. Jego uśmiech, którym mnie przywitał, najpierw zmiękczył mi serce, a potem boleśnie je ukłuł. Czułam, że musiałam z nim porozmawiać i wyjaśnić swoje uczucia, jednak nie potrafiłam się przemóc. Co, jeśli złamię mu serce? Biedny, już wystarczająco cierpiał po śmierci dziadka… Ale też z drugiej strony to okropne robić komuś nadzieję na próżno…
– Cześć, Tsuki. Tak sobie pomyślałem, że moglibyśmy też od czasu do czasu się razem uczyć, jakbyś chciała… – odparł nieśmiało – No, albo jakbyś potrzebowała z czymś pomocy, to też chętnie ci wytłumaczę.
Niezręczność pomiędzy nami rosła, a ja panikowałam w środku.
– Mhm – wykrztusiłam z siebie, czując się jak idiotka.
Na szczęście w pobliżu pojawiła się Sabine i nas powitała, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy wyczuła moje wewnętrzne wzywanie o pomoc.
– Hej wam! – przywitała się wesoło – Słyszeliście już, że mamy nową uczennicę w szkole? Chyba w waszej klasie, Yukimura?
– O, nabytek do klasy mądrali – skomentowała jakaś dziewczyna, której wcześniej nie zauważyłam.
Właśnie zdałam sobie sprawę, że towarzyszyła Sabine i chyba widziałam, jak razem wchodziły do szkoły. Dziewczyna była chuda i dosyć niska, nawet trochę niższa ode mnie. Miała cieniowane, krótkie, czarne włosy związane w dwie kitki, dosyć jasną karnację oraz brązowe oczy patrzące na nas nieco ironicznym, ale i inteligentnym spojrzeniem. W obu uszach nosiła po trzy kolczyki. Jej nos był lekko zadarty, co dodawało jej twarzy dość zarozumiałego wyrazu.
Kaito zmarszczył lekko czoło, jak gdyby określenie użyte przez tę dziewczynę nieco go uraziło.
– A ja nie przedstawiłam wam mojej koleżanki z klasy – wtrąciła Sabine.
– Właściwie nawet i z ławki – dodała dziewczyna – Ale nie przedstawiaj, koleżanko Wielka Rzeko. Może najpierw sami spróbujecie zgadnąć, jak się nazywam?
Ja i Kaito popatrzeliśmy na nią z ogromnym zdziwieniem. Dlaczego nazwała tak Sabine? Jak niby mieliśmy odgadnąć jej imię?
– Lily? – spytał Kaito, a wtedy i ja dostrzegłam, że nosiła na szyi choker z tym imieniem.
Dziewczyna uśmiechnęła się jak zwycięzca.
– Wszyscy tak myślą – odparła – I po części mają rację, bo moje prawdziwe imię to Yuri, czyli lilia. Nazwisko mogę wam zdradzić, aczkolwiek nie przeszkadza mi zwracanie się do mnie wyłącznie imieniem czy moim pseudonimem Lily. Nazywam się Yuri Ikeda.
To powiedziawszy wyjęła z torby telefon, po czym nakreśliła coś palcem na ekranie. Kiedy nam go pokazała, okazało się, że zapisała po prostu swoje imię i nazwisko znakami kanji.
– Lilia, pole ryżowe nieopodal jeziora – wyrecytowała – Nazywam się komicznie, czyż nie? Ale… można by to podciągnąć pod lilia na polu ryżowym nieopodal jeziora. To brzmi tak lirycznie.
Sabine uśmiechnęła się nieśmiało.
– Yuri lubi sprawdzać znaczenia imion, więc zapewne niebawem zrobi to z waszymi – wyjaśniła.
– O ile się przedstawicie – dodała Yuri – Proszę, nie gryzę. W końcu nie jesteście krakersami serowymi, oj, wtedy bym gryzła…
Sabine się zaśmiała, Kaito przyglądał się Yuri bardzo podejrzliwie, a ja nie wiedziałam, co o tym sądzić.
– Izumi Tsuki – przedstawiłam się, lekko kiwając głową.
– Och, czyli to będzie… – zamyśliła się Yuri, jeżdżąc palcem po ekranie telefonu – Wiosna i księżyc? Jak wiosenny księżyc?
– Nie do końca. Mogę? – za jej pozwoleniem wzięłam od niej telefon, po czym nakreśliłam w aplikacji znak kanji – Zapisuję swoje imię w ten sposób, wtedy znaczy „źródło”.
– Och! – zawołała Yuri – Źródło i księżyc… Księżycowe Źródło? Ładnie. A ten piegowaty kolega mierzący mnie oceniającym spojrzeniem, odkąd się odezwałam, to jak się nazywa?
– Kaito Yukimura… – przedstawił się, nieco speszony.
– Już to zapisuję… – stwierdziła Yuri, wystawiając nieco język w skupieniu, gdy kreśliła kanji – „Kai” to morze lub ocean… „To” oznacza szybować lub latać… „Yuki” ma wiele znaczeń, ale może weźmy śnieg… I „mura" jako wioska – mówiła pod nosem.
– Szybujący Ocean, Śnieżna Wioska? – spytał niepewnie Kaito, widocznie czując się nieswojo – Nie wiem, nigdy tak nie myślałem nad swoim imieniem.
– Hmm… Szybujący Ocean, Śnieżna Wioska… – powtórzyła Yuki w zamyśleniu – Śnieżna wioska nad oceanem zawieszonym w powietrzu, jak w jakimś fantastycznym świecie lub sekretnym miejscu dostępnym tylko nielicznym wtajemniczonym – stwierdziła w zafascynowaniu – Podoba mi się, to brzmi nieziemsko i magicznie.
– Mhm… Taaak – skomentował Kaito, kiwając niezręcznie głową.
– Mam gdzieś to, że myślisz, że jestem dziwna – dodała Yuri, dokładnie rozumiejąc przekaz i uśmiechając się całkiem uprzejmie, ale i sarkastycznie.
W tym momencie zadzwonił dzwonek, więc musieliśmy się rozejść.
– Chodź, Yuri, musimy wejść na drugie piętro – oznajmiła Sabine – To cześć wam, miłego dnia!
– Tak, powodzenia tobie, Izumi Tsuki, w którejkolwiek klasie jesteś, i tobie, Kaito Oceniający Yukimura, w twojej klasie mądrAli – czaicie, bo to jest klasa A – poznając nową szkolną koleżankę! Pa!
To powiedziawszy, Yuri poszła wraz z Sabine, a my zostaliśmy sami w małym szoku po tym spotkaniu.
– Nie żeby coś… ale naprawdę jest trochę dziwna – stwierdził Kaito.
~*~
Tak, jak przewidziałam, gdy rodzice wrócili do domu po pracy, chcieli porozmawiać. Tym razem nie zamierzałam protestować, bo też sama poczułam taką potrzebę. Tego dnia nawet nie zostali jak zwykle po godzinach, a wrócili punktualnie do domu. Usiedliśmy wspólnie w salonie, gdzie Yuki drzemała na fotelu, z którego tata zaraz ją przegonił. Wyglądał na dosyć zmęczonego, a znając go, przypuszczałam, że niezbyt się wyspał, pewnie rozmyślając o całym zajściu z wczoraj. Mama natomiast uśmiechała się delikatnie, jakby zachęcając nas do szczerej rozmowy.
– Myśleliśmy nad tym, co wczoraj powiedziałaś, Izumi – zaczął tato, odchrząknąwszy – I przyznaję, ostatnio poświęcam więcej czasu pracy niż czemukolwiek innemu.
– Ja też – dodała mama – Rzadko kiedy nie zostaję po godzinach, a i kiedy tylko jest okazja wyjechać służbowo, wyjeżdżam. Jakoś tak…
– Uciekamy od rzeczywistości – dokończył tato – I tak, to znaczy też, że rzeczywiście uciekamy od naszego dziecka… Jakbyśmy już nie byli rodzicami.
Delikatny uśmiech zniknął z twarzy mamy, jakby coś w niej pękło. Załkała cicho, ale wzięła głęboki oddech, by się uspokoić, po czym westchnęła.
– Tak, Izuś, jesteś teraz naszym jedynym dzieckiem i wiedz, że wciąż cię kochamy – dodała.
– Wiem, mamo – odrzekłam – Ja też bardzo tęsknię za Daisuke… I przyznam, sama jakiś czas izolowałam się od was. Czułam, że nasza rodzina już nigdy nie będzie taka sama… ale wciąż jesteśmy rodziną.
– Oczywiście – przyznał tata – Trochę nas ominęło, jak widzę, w twoim życiu. Mam tylko nadzieję, że nie wpadłaś w jakieś złe towarzystwo…
Chciałam wyjaśnić wszystko rodzicom, ale nie byłam pewna, czy opowiadanie im o istniejącym wśród nas magicznym świecie było na pewno dobrym pomysłem. To nie tak, że nie chciałam im w ogóle o tym mówić, bo kiedyś to pewnie nastąpi, jednak to jeszcze nie był ten moment.
– Tato, znasz mnie, jestem odpowiedzialna – odparłam – Mizu jest naprawdę w porządku, lubię spędzać z nim czas. Przepraszam, że wczoraj nie uprzedziłam was, że przyszedł w odwiedziny…
– Ale nie jesteście razem?
– Ryuu! Nawet, gdyby byli, to co nam do tego? – obruszyła się mama – Nasza Izumi nie będzie wiecznie małą dziewczynką.
Tato westchnął ciężko, ale wiedziałam, że w duchu i tak przyznawał mamie rację, z którą niełatwo będzie mu się pogodzić. Pokiwał głową.
– Tak… Nie chcemy naturalnie, byś ukrywała przed nami coś ważnego – dodał, spoglądając na mnie zza okularów-połówek.
– Nie jesteśmy razem, tato, ale tak, jak mówi mama, musisz się oswoić z myślą, że kiedyś przyprowadzę do domu swojego chłopaka i go wam przedstawię – odparłam, uśmiechając się lekko do mamy.
Tata rozłożył ręce.
– Oczywiście, proszę bardzo – stwierdził, a ja i mama zaśmiałyśmy się pod nosem.
Obiecaliśmy sobie, że będziemy spędzać ze sobą więcej czasu, a gdy coś będzie nie tak, od razu o tym porozmawiamy. Poczułam się znacznie lepiej, jakby ogromny ciężar wreszcie spadł z moich pleców.
~*~
Ostatnimi dniami rzeczywiście spędzałam więcej czasu z rodzicami. Wieczorami często siadywaliśmy wspólnie w salonie i graliśmy w jakąś planszówkę lub oglądaliśmy film, a zdarzało się to nawet w tygodniu, o ile rodzice nie mieli dyżuru i rzeczywiście musieli jechać do szpitala. Uprzedziłam Mizu, że w takim razie nie mógł już sprawiać mi niespodziewanych wizyt, a szczególnie dostając się do domu przy pomocy strumienia wody. Mogłam go jednak do nas zaprosić, co powiedziała mi mama, ponoć uzgodniwszy to z tatą.
Miałam co do tego pewne obawy, jednak raz rzeczywiście zdarzyło się, że go do nas zaprosiłam i najwyraźniej zrobił na mamie dobre wrażenie, kiedy przyniósł samodzielnie upieczone ciasto owocowe. W gruncie rzeczy nie było tak źle – apogeum mojej paniki nastało, gdy tato zaczął zadawać Mizu różne pytania typu „Gdzie mieszkasz?”, „Gdzie się uczysz?”, itp., ale na szczęście mama powiedziała mu, żeby nie prowadził przesłuchania i przestał.
Raz Mizu postanowił przyjść po mnie po szkole i odprowadzić mnie do domu, a jego obecność wzbudziła zainteresowanie wśród uczniów. Chizuru się z nim nawet przywitała, bo pamiętała go z naszych noworocznych odwiedzin w świątyni, o czym Sabine nie miała pojęcia, więc nieco się zdziwiła. Może i przedstawianie Mizu moim rodzicom oraz znajomym było dosyć niezręczne, ale z drugiej strony nie musiałam już go ukrywać. Oczywiście nie znali jego pełnej tożsamości, jednak i tak było mi łatwiej. Znów wyobraziłam sobie, że był zwykłym chłopakiem, że nie musiał już przed wszystkimi uciekać, a ja spieszyć z wyjaśnieniami zmyślonymi na poczekaniu.
Mizu nie rozmawiał dużo z moimi znajomymi i dosyć szybko zwinęliśmy się spod szkoły. Rozglądałam się, jednak nie dostrzegłam wśród uczniów Kaito, ale wiedziałam, że i tak prędzej czy później dowie się o Mizu, co zaczęło mnie lekko stresować.
~*~
W sobotę siedemnastego kwietnia wypadały szesnaste urodziny Chizuru Zakuro, a z tej okazji Arisawa wyprawiał dla niej przyjęcie, które w zamyśle miało być niespodzianką, jednak ktoś się wygadał i było po tajemnicy. Chizuru chciała pomóc przy organizacji, ale Arisawa uparł się, że sam się wszystkim zajmie, żeby nie musiała zaprzątać sobie głowy i przez to był ostatnio nie do wytrzymania. Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik – ułożył cały grafik przygotowań jak i samego przyjęcia, wskutek czego przydzielał innym obowiązki, a gdy dana osoba je wykonywała, Arisawa twierdził, że robiła to źle i sam przejmował poszczególne zadania, a potem narzekał, że nikt mu nie pomagał. Tak też było, gdy w przeddzień urodzin ja i Sabine dekorowałyśmy upieczony przez nas tort.
– Nie, nie! Miałyście go ozdobić jagodami a nie borówkami! – krzyczał.
– Shouta, nie denerwuj się – uspokajała Sabine – W sklepie nie było jagód, więc kupiłyśmy borówki.
– Po pierwsze: nie mów do mnie po imieniu, a po drugie: trzeba było poszukać gdzie indziej! – zaperzył się Arisawa – Teraz wyjmujcie te borówki i przynieście jagody!
– Ale one są też w środku, mamy je wyciągać?... – jęknęłam.
– Och, no wszystko muszę robić sam! – zawołał Arisawa, po czym zaczął wybierać borówki z tortu, za co Sabine uderzyła go w rękę.
– Ani mi się waż – wycedziła przez zęby, brzmiąc przy tym tak wrogo, że i ja się przestraszyłam – Nie po to piekłyśmy ten tort, żebyś teraz go niszczył!
– To trzeba było upiec go tak, jak wam mówiłem! – odwarknął Arisawa – W takim razie same sobie go zjedzcie, a dla Chizuru upieczcie nowy.
W tym momencie Sabine nie wytrzymała i rzuciła się na Arisawę, dzierżąc w rękach dozownik bitej śmietany, którą natychmiast udekorowała mu twarz. Zaczął krzyczeć wniebogłosy, a ja musiałam odciągać od niego rozwścieczoną Sabine, co musiało wyglądać komicznie.
Następnego dnia po szkole udałam się do Arisawy, żeby pomóc mu w ostatecznych przygotowaniach przed imprezą. Przyjęcie miało odbyć się w ogrodzie za jego domem, gdzie stał już nakryty stół. Na tarasie wisiały kolorowe lampki, które wieczorem zapewne dadzą przytulny nastrój. Gdzieniegdzie stały także lampiony, a między dwoma ozdobnymi drzewami była zawieszona błyszcząca girlanda z urodzinowymi chorągiewkami.
– Wow… – skomentowałam w zachwycie – Jest pięknie, Chizuru na pewno się spodoba!
– Jeszcze nie jest gotowe – westchnął Arisawa – Idę po pompkę do balonów i serpentyny, a ty rozpakuj to – polecił, wskazując na paczkę balonów leżącą na stole.
– Tak jest! – zawołałam, po czym zabrałam się za wykonywanie swojego zadania.
Uwijaliśmy się dosyć zręcznie – ja pompowałam balony, a Arisawa rozwieszał serpentyny. Początkowo przydział obowiązków miał być odwrotny, jednak oczywiście źle rozwieszałam serpentyny, więc się zamieniliśmy.
W pewnym momencie na taras wyszła pani Haruka z Yume na rękach.
– Shouta, jakaś koleżanka do ciebie – oznajmiła, a u jej boku ukazał się nie kto inny jak Yuri Ikeda.
– Dzień dobry, Wielki Poślizgu, Istniejące Bagno! – zawołała z zadowoleniem, a pani Haruka obrzuciła ją zdezorientowanym spojrzeniem – Och, tobie też, Księżycowe Źródło!
– Przestań tłumaczyć nasze imiona, Ikeda, to jest dziwne – odburknął jej Arisawa, a jego mama weszła z powrotem do domu, widocznie nie chcąc się w to mieszać.
– Przyniosłam muzykę – oznajmiła Yuri, wyciągając pendrive z torby.
Przyjrzałam się jej ubraniom – nosiła granatową koszulkę z napisem „ZAJĘTA.”, krótką, szarą spódniczkę na szelkach, czarne glany oraz swoje ulubione i nieodłączne akcesorium – jasnofioletowy choker z napisem „LILY”. Miała lawendowy cień do powiek oraz szminkę na ustach w podobnym odcieniu.
– Dobra, podłącz do laptopa, sprawdzimy, co tam wybrałaś – westchnął Arisawa, po czym spojrzał na mnie – Zaprosiłem ją, bo Chizuru się z nią koleguje… – wytłumaczył mi szeptem, a ja mimo wszystko obawiałam się, że Yuri to słyszała, jednak ona beztrosko podeszła do laptopa i podpięła do niego pendrive.
– Spokojnie, zgrałam tylko to, o co poprosiła mnie Granacik – odparła.
Z głośników podpiętych do laptopa popłynęła wesoła muzyka, przy której zdecydowanie przyjemniej dokańczało się przygotowania do przyjęcia.
Potem wróciłam do domu, żeby się przebrać, ale uprzednio złożyłam Mizu ofiarę. Gdy skończyłam, woda w misce zabulgotała, po czym część wylała się na blat, żeby następnie ułożyć się w napis: „Czy mogę do ciebie teraz wpaść?”.
– Rodziców nie ma w domu, możesz dosłownie wpaść, tylko proszę, bez zawału – odpowiedziałam na głos.
Nastała chwila ciszy, a potem usłyszałam dzwonek do drzwi. Podeszłam do okna, by dyskretnie sprawdzić, kto to, ale był to Mizu.
– Jednak postanowiłeś przyjść po ludzku? – zapytałam, otworzywszy mu.
– Zaczynam się przyzwyczajać – odparł, wchodząc do środka – Słuchaj, to kiedy idziemy?
– Za jakąś godzinę, muszę się jeszcze trochę ogarnąć.
Mizu również został zaproszony do Chizuru, bo stwierdziła, że mogłam przyjść z nim jak wtedy do świątyni, a ja zastanawiałam się, czy uważała nas za parę.
– Wiesz co, głupio się przyznać, ale trochę się stresuję – oznajmił, drapiąc się po karku.
– Czym? Tym przyjęciem?
Kiwnął głową.
– Boję się, że twoi znajomi mnie nie polubią.
– No co ty? Mizu… – podeszłam do niego i położyłam mu dłoń na policzku.
– Nie będziesz się mnie wstydzić? Że powiem coś nie tak albo wymyślę na poczekaniu jakąś dziwną odpowiedź na dociekliwe pytanie…
Spojrzał na mnie, a w jego oczach panował niepokój. Uśmiechnęłam się zachęcająco, delikatnie przesuwając kciuk po jego policzku.
– Nie wstydzę się ciebie – odrzekłam – Mizu, cieszę się, że będziesz mi dzisiaj towarzyszył.
Kąciki jego ust drgnęły, gdy ujął mnie za dłoń. Zrobił to ostrożnie, jak gdyby bał się, że się rozkruszę, a następnie uniósł moją dłoń do swoich ust i ucałował ją subtelnie.
– Uwielbiam ci towarzyszyć, Izumi.
~*~
Na początku przyjęcia urodzinowego wszystko szło dobrze. Chizuru była zachwycona dekoracjami i obecnością wielu gości. Arisawa wydawał się być z siebie dumny, ale też wyglądało na to, że się lekko stresował – szczególnie, gdy Chizuru otwierała prezent od niego. Ostrożnie wyjęła z pudełeczka złoty wisiorek z dwoma żurawiami i na jej twarzy wymalował się zachwyt. Od razu kazała sobie założyć naszyjnik, co ochoczo uczynił Arisawa, nie mogąc ukryć uśmiechu na twarzy. Potem pocałował Chizuru, a gdy była zajęta rozpakowywaniem kolejnego prezentu, szepnął „dzięki” do Sabine, która pomogła mu znaleźć naszyjnik.
Ogromną radość sprawił Chizuru także prezent od rodziców i młodszej siostry – malutki, biały szczeniaczek skaczący wokół niej radośnie. Pokochała go od razu i nazwała go Yori. Rozpakowywanie i oglądanie prezentów zajęło dosyć sporo czasu, jako że Chizuru była popularną dziewczyną i na przyjęcie przyszło wielu gości.
Kiedy oglądanie prezentów dobiegło końca, przyszedł czas na tort, który ostatecznie pozostał z borówkami, bo Arisawa nie śmiał już sprzeciwiać się Sabine. Pamiętam, co kiedyś powiedział Daisuke na temat tortu: „W przyjęciach urodzinowych najbardziej lubię tort, nie prezenty. Prezenty dostajesz tylko na własnych urodzinach, a tort jest na każdych.” Coś w tym było.
Jednak ledwo Chizuru zdążyła pomyśleć życzenie i zdmuchnąć świeczki, nagle ziemia się zatrzęsła, a mnie nie wydawało się, aby było to zwykłe trzęsienie ziemi. Chwilę później zerwał się silny wiatr i zobaczyliśmy w oddali coś bladoróżowego wirującego w powietrzu i nadciągającego w naszą stronę niczym złowieszcza burza piaskowa. Osłupiała, wpatrywałam się w tę zamieć, próbując zdefiniować, co to było, jednak z zamyślenia wyrwał mnie krzyk Mizu:
– Kryć się!
Wtedy wybuchła panika i część gości zdążyła już uciec na taras, jednak wtem nadciągnęła ta przedziwna burza, jak się okazało, składająca się z płatków wiśni. Wirowały szaleńczo jak szarańcza, a było ich tyle, że z trudem udało mi się zobaczyć cokolwiek. Poczułam, jak Mizu złapał mnie za rękę i po chwili przeteleportował się ze mną przy pomocy strumienia wody do domu Arisawów.
– Co się dzieje? – spytałam w panice.
– Nie wiem, Izumi, ale musimy coś wymyślić – odpowiedział Mizu, przywierając do szyby i obserwując, jak ludzie w ogrodzie nie mogli się swobodnie poruszać przez nacierające na nich płatki wiśni – Mógłbym tu wszystkich przenieść, ale wtedy udziwnię sytuację jeszcze bardziej.
– A nie dałbyś rady jakoś tego zatrzymać?
– Hmm… Spróbuję.
To powiedziawszy, wyciągnął ręce przed siebie i skupił się. Przez jakiś czas nic się nie działo, a potem nagle płatki zatrzymały się w powietrzu, zebrane w lewitującej, wodnej bańce. Wyglądało to jak ogromna kula śnieżna z tysiącami przesypujących się płatków. Wybiegłam na dwór przez tylne drzwi.
Jedni podnosili się z ziemi, inni wciąż na niej leżeli, próbując dojść do siebie, a jeszcze inni obserwowali w zdziwieniu wodną kulę z płatkami. Już zaczęłam myśleć, jak to wszystko wyjaśnić, jednak zaraz do tej dziwacznej sytuacji dołączyła grupa kitsune, które nagle wbiegły do ogrodu w panice przez otwartą furtkę. Na ich czele stał nie kto inny jak przerażona Chikyuu.
Miała na sobie jasnozieloną yukatę, a jej włosy były rozpuszczone i w lekkim nieładzie. Wśród kitsune dostrzegłam zmartwioną Akane, którą poznałam na początku kwietnia. Wszyscy przyglądaliśmy się sobie nawzajem w szoku, nie wiedząc, jak wybrnąć z tej sytuacji.
Z domu wyszedł Mizu, wciąż trzymając ręce lekko w górze i pilnując, by płatki nie wydostały się z kuli. Spojrzał na swoją starszą siostrę w ogromnym zdezorientowaniu.
– Chikyuu, co się dzieje? – zapytał ze zmartwieniem.
Pani ziemi podeszła do niego i westchnęła ciężko.
– Wieczna Wiśnia zakwitła – oznajmiła z niepokojem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz