sobota, 19 czerwca 2021

Rozdział VII

Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby Mizu tamtego wieczora nie odzyskał świadomości po tym, jak zanurzyliśmy go w wodzie. Rana sprawiała mu ból, ale gdy jej dotknął, zaczęła się zasklepiać, był jednak zbyt wycieńczony, żeby z nami rozmawiać. Na górze zostali przyszywani bracia, a z ich okrzyków wywnioskowałam, że również i Hiroto wrócił do swojej obecnej postaci. Nie zostawaliśmy tam jednak dłużej, a zabraliśmy ze sobą Mizu na grzbiet Savitri i wróciliśmy do mojego miasteczka.

W drodze powrotnej zastanawiałam się, co tak właściwie zrobić z Mizu. Powinien wrócić do jeziora, ale wolałam, żeby syreny dały mu na razie spokój. Mówił mi, że usługiwały mu jakieś kapłanki, które próbowały pomóc mu wyzdrowieć, jednak Kasai nie wiedział, kim one były ani jak je wezwać, a Mizu w tym stanie nie nadawał się do rozmów. Wpadliśmy na pewien pomysł, może trochę głupi, ale przynajmniej w naszym mniemaniu bezpieczny. Tak oto Mizu zostawał dziś na noc u mnie, a miał odpoczywać w wannie, bo w wodzie szybciej się regenerował. Teraz spał, a ja skorzystałam z drugiej łazienki mieszczącej się na parterze, po czym udałam się do łóżka.

Chociaż byłam niesamowicie zmęczona, ciężko było mi usnąć. Kotłowałam się z godzinę w pościeli, starając się znaleźć wygodną pozycję i nasłuchując, czy z Mizu wszystko w porządku. Zostawiłam mu kartkę z wyjaśnieniami przyklejoną do jednego ze ściennych kafelków.

Kiedy rano zadzwonił budzik w telefonie, miałam ochotę trzepnąć nim o ścianę, jednak ostatecznie wstałam z łóżka, bo i też chciałam sprawdzić, co z Mizu. Zastałam go leżącego w wannie, jednak nie spał. Gdy mnie zauważył, lekko się podniósł.

– Izumi... Tak bardzo cię przepraszam – westchnął ze wstydem wymalowanym na twarzy.

– Nie byłeś wtedy sobą. Znaczy byłeś, ale jakby innym sobą... – stwierdziłam, podchodząc bliżej wanny, by zaraz potem przykucnąć obok – Jak się czujesz? Co z twoją raną?

– Już w porządku. Chociaż jestem jeszcze nieco słaby po tej przemianie, rana się zasklepiła. Izumi, nie chciałbym, żeby to się powtórzyło. Gdyby nie ty, aż strach pomyśleć, do czego by doszło... Jestem... Potrafię być naprawdę niebezpieczny, nie chcę cię narażać. Z drugiej strony obiecałem, że już nie będę się przed tobą chował...

– Nie musisz, Mizu – zapewniłam – Odkąd się znamy, zawsze chciałeś mnie chronić. Pozwól, że teraz ja poochraniam ciebie – uśmiechnęłam się lekko.

Kąciki ust Mizu drgnęły, po czym podniósł się do siadu.

– W tamtym szalonym wcieleniu zdjąłem z ciebie miano powierniczki mojej mocy. Mianuję cię nią jeszcze raz, jeśli chcesz – oznajmił, poważniejąc – Jeśli nie, zrozumiem. Przeze mnie twoje życie zamieniło się w niezły bałagan.

Przyglądałam mu się przez chwilę. Mokre włosy opadały mu na sine jak zwykle czoło. W jego turkusowych oczach odbijała się moja twarz, jak gdybym przeglądała się w tafli jeziora.

– Gdybym cofnęła się do dnia, w którym się poznaliśmy, podjęłabym dokładnie taką samą decyzję – odrzekłam – Dzisiaj także pozostaje ona niezmienna. Mizu, byłam i jestem powierniczką twojej mocy.

Mizu uśmiechnął się ciepło, co rozczuliło moje serce.

– Izumi Tsuki, jesteś jedyną taką dziewczyną w historii całego świata – oznajmił z cichym westchnieniem podziwu, co przyznam, pochlebiało mi jeszcze bardziej – Z radością mianuję cię ponownie.

To powiedziawszy, wyciągnął dłoń w moim kierunku, by następnie czule odgarnąć mi włosy z czoła. Kilka kropel wody z jego mokrej dłoni skapnęło mi na nos. Zamknęłam oczy.

– Izumi Tsuki – usłyszałam głos Mizu, pod wpływem którego poczułam gęsią skórkę – Oficjalnie mianuję cię na powierniczkę mojej mocy.

Czułam, jak mokrymi palcami kreślił na moim czole znak kanji oznaczający wodę. Robił to powoli, uroczyście, a gdy skończył, znak na chwilę rozbłysnął intensywnym, niebieskim światłem, by potem zniknąć. Po chwili otworzyłam oczy i ujrzałam poruszonego Mizu, który zaraz przyciągnął mnie do siebie i objął mocno.

 

~*~

 

Siedząc w szkolnej ławce, nie mogłam się nadziwić, że jeszcze jakieś szesnaście godzin temu toczyła się walka na śmierć i życie między żądnym krwi wcieleniem Mizu a pradawnym, powołanym do życia wojownikiem z terakoty, podczas gdy teraz jak gdyby nigdy nic, ze stoickim spokojem kreśliłam wykresy funkcji w zeszycie od matematyki. Siedzący obok mnie Hayato wydawał się dosyć nieobecny. Bazgrał coś na kartce, ale raczej nie miało to nic wspólnego z matematyką. Co chwila pisał coś, a następnie wykreślał i tak w kółko. Chociaż potwornie mnie to ciekawiło, postanowiłam nie mieszać się w nieswoje sprawy, a poza tym stwierdziłam, że i tak nie zdołałabym nic przeczytać, bo Hayato dosyć szczelnie zasłaniał to, co pisał.

Przez to wczorajsze zamieszanie prawie zapomniałam, że miałam dziś zostać po lekcjach. Właściwie przypomniał mi o tym Daichi, którego spotkałam w korytarzu. Szczerze mówiąc, wolałam dzisiaj wrócić do domu od razu po zajęciach, bo zostawiłam tam Mizu samego z Yuki, ale chciałam dotrzymać słowa. Miałam nadzieję, że Mizu odpoczywał, jak mu zapowiedziałam.

Na jednej z przerw spotkałam Arisawę, który zagadnął mnie o sugestie prezentu dla Chizuru, bo zbliżały się jej urodziny.

– Właściwie to miałem wizję, jak pakuję dla niej naszyjnik z dwoma żurawiami stykającymi się czubkami głów – tłumaczył – Ale skąd ja mam wiedzieć, czy jej się spodoba ani w ogóle gdzie ja to kupiłem?

To, jak się dla niej starał i się przejmował, nieco mnie rozczulało.

– Spokojnie, Arisawa. Jestem pewna, że jej się spodoba, to pomysłowy prezent – oznajmiłam zgodnie z własnym przekonaniem.

Imię Chizuru znaczyło bowiem "tysiąc żurawi", a więc motyw tego ptaka był trafiony. Co więcej, skoro na naszyjniku była para żurawi, był to miły symbol ich związku.

– Nie widziałam nigdzie takiego naszyjnika na mieście, ale co szkodzi, żebyś poszedł poszukać – wzruszyłam ramionami – Albo zamów w Internecie, może będzie łatwiej.

Arisawa chyba chciał coś jeszcze powiedzieć, ale w tym momencie przyszła Sabine.

– Cześć wam! – przywitała się – Izumi, co z Mizu? Wszystko już dobrze?

– Tak, woda go uzdrowiła – oznajmiłam, a Sabine westchnęła z ulgą.

– Zaraz, co? Coś mu się stało? – zdziwił się Arisawa, marszcząc czoło.

Ja i Sabine spojrzałyśmy po sobie. Nie byłam pewna, czy korytarz był dobrym miejscem na takie opowieści, ale właśnie wtedy zadzwonił dzwonek.

– Okay, musicie mi opowiedzieć po lekcjach – stwierdził Arisawa.

– Ja dzisiaj nie mogę, ale Sabine? – spytałam pospiesznie, chcąc udać się do sali lekcyjnej.

– Jasne, czekaj na mnie na dziedzińcu – zgodziła się.

– Świetnie, a potem pójdziemy na miasto poszukać żurawi – oznajmił Arisawa z zadowoleniem, jak zwykle nakreślając sobie już cały plan działania.

– Jakich żurawi? – zdziwiła się Sabine.

– Wszystko sobie wytłumaczycie potem, a teraz lepiej idźmy na zajęcia – zarządziłam, po czym rozeszliśmy się.

 

~*~

 

Po skończonych zajęciach znalazłam wolną salę, do której zaprosiłam Daichi'ego. Gdy wszedł do klasy w towarzystwie Kaito, nie wiedzieć czemu opanowała mnie lekka trema, jednak przypomniałam sobie, że rzeczywiście Daichi wspominał, że przyjdzie z kolegą. Tak naprawdę wystarczyłby nam stolik w bibliotece, jednak stwierdziłam, że obowiązująca tam cisza oraz strzegący jej za pomocą krzyków pan Agemaki mogłyby nam raczej bardziej przeszkodzić w nauce. Co więcej, wolałam wyrysowywać wykresy na tablicy niż na kartce.

– Wow, Tsuki, jak prawdziwa nauczycielka – stwierdził Daichi, siadając w ławce razem z Kaito.

– Tak, wiele osób mi to mówi – przyznałam – Ale to nie jest mój wymarzony zawód.

– A zdradzisz, który zawód nim jest? – zaciekawił się Daichi.

– Chcę zostać pielęgniarką – odpowiedziałam.

– O, czyli też forma pomagania innym – wtrącił Kaito z lekkim uśmiechem na twarzy, który nieco mnie speszył.

– Tak to sobie wymyśliłam... – odrzekłam, uśmiechając się w lekkim zakłopotaniu – Ale teraz może lepiej przejdźmy do funkcji.

To powiedziawszy, odwróciłam się na pięcie w stronę tablicy i zaczęłam kreślić na niej wykres, czując, jak nagle było mi ciężko trzymać kredę w dłoni.

 

~*~

 

– Dobra, dobra! Chyba wreszcie rozumiem! – zawołał tryumfalnie Daichi po tym, jak wytłumaczyłam to samo chyba po raz dziesiąty.

Kaito spojrzał na niego z politowaniem, nawet nieco rozbawiony. Daichi rzeczywiście wolno chwytał, a ja zaczęłam się zastanawiać, jak właściwie trafił do klasy A.

– Cieszę się – odparłam z uprzejmym uśmiechem, mentalnie wzdychając z ulgą – Y-Yukimura, dla ciebie też to jasne?

– Jak słońce – oznajmił z tym swoim osobliwym uśmieszkiem na twarzy – Tłumaczysz bardzo dobrze. Zrozumiałem właściwie już za pierwszym razem, nie tak jak niektórzy... – tu spojrzał na Daichi'ego.

– Hej, panie mądralo – obruszył się, szturchając przyjaciela w bok – Już się tak nie chwal.

– Muszę się trochę popisać przed dziewczyną – stwierdził beztrosko Kaito, puszczając mi oczko, co natychmiast przyprawiło mnie o wypieki na policzkach.

Zachichotałam, bo w gruncie rzeczy sytuacja mnie rozbawiła, a może i nawet nieco mi schlebiała.

– Widzę, że czujesz się już lepiej, odkąd zmarł dziadek – westchnął Daichi, po czym poklepał Kaito po ramieniu, a ten spojrzał na mnie.

– Tsuki, chyba nie wiesz, że ja i Daichi jesteśmy praktycznie rodziną? – spytał, najwyraźniej chcąc zmienić temat, a ja pokręciłam głową na znak, że nie miałam o tym pojęcia.

– Tak, ciotka Kaito mnie adoptowała – wyjaśnił Daichi – A jej starszy syn, Kouji, to ten, który pożyczył Kaito motocykl.

– No tak, mówiłeś, że masz go od brata ciotecznego, Yukimura – przypomniałam sobie – Czyli wy dwaj też jesteście jak bracia?

– Otóż to – oznajmił Daichi – Wychowywaliśmy się razem, jesteśmy jak niespokrewnieni bliźniacy.

– Polemizowałbym – wtrącił Kaito, uśmiechając się łobuzersko – Ja jestem ten mądrzejszy.

– Chyba ten wredniejszy! – prychnął Daichi, po czym znowu szturchnął go przyjacielsko – Tsuki, a ty kiedyś miałaś okazję jechać na motocyklu?

– Nie – odparłam.

– A chciałabyś wybrać się na taką przejażdżkę? Moglibyśmy ci tak wynagrodzić czas, który poświęciłaś nam na naukę – zaproponował Daichi – Kouji ma dwa, ja bym mógł zabrać się z nim, a ty byś wziął Tsuki – ustalił z Kaito.

– Ale odwieziecie mnie potem do domu?

– Jasne, nie będziemy zbyt długo – obiecał Kaito – To by była twoja pierwsza jazda motocyklem, a nie chcielibyśmy, żebyś się źle poczuła.

Zastanawiałam się chwilę. Z jednej strony się tego bałam, ale z drugiej chciałam spróbować. Jeśli miała to być rzeczywiście krótka przejażdżka, nie widziałam przeszkód.

– Okay, w takim razie jedźmy – zgodziłam się z pogodnym uśmiechem.

Jakiś czas potem staliśmy na szkolnym dziedzińcu i czekaliśmy na Kouji'ego. Ja i Kaito obserwowaliśmy, jak Daichi popisywał się chodzeniem na rękach, co było dosyć zabawne. Nie pomyślałabym o tym nawet, ale całkiem dobrze spędzało mi się czas w ich towarzystwie.

– I jak, Tsuki, stresujesz się przed jazdą motocyklem? – zagadnął Kaito, gdy Daichi ponownie stanął na rękach, wielce z siebie dumny.

– Może trochę – przyznałam – Ale wierzę, że mnie nie zabijecie...

Kaito się zaśmiał.

– Spokojnie, dopilnuję, żeby nic ci się nie stało – oznajmił, uśmiechając się zadziornie, co znów mnie onieśmieliło.

Nagle usłyszeliśmy charakterystyczny warkot silnika i na dziedziniec wjechały dwa motocykle. Obaj kierowcy zatrzymali się tuż przed nami, po czym zgasili silniki i zdjęli kaski. Jeden z nich był dosyć wysoki. Nosił skórzaną kurtkę i miał długie, ciemnobrązowe włosy spięte w kucyk. Drugi był nieco niższy, ubrany w podobną kurtkę. Jego czarne włosy były nastroszone i nażelowane, a bursztynowe oczy błyszczały pewnością siebie.

Motocykliści zsiedli ze swoich pojazdów, po czym podali sobie ręce w kumpelskim uścisku.

– Dzięki, ziomek – odezwał się ten niższy – Hej, ziomki, to jest mój ziomek Gorou, ma ksywkę Guru.

– Cze – powiedział „Guru” – Dobra, to ja spadam, na razie!

– Trzym się, ziomek! – zawołał za nim Kouji, jak przypuszczam.

– Tak, zapomnieliśmy ci wspomnieć, że Kouji nadużywa słowa „ziomek” – szepnął do mnie Kaito, a ja spojrzałam na niego sarkastycznie z miną mówiącą „och, naprawdę?”.

– Kouji, poznaj Izumi Tsuki – przedstawił mnie przyjaźnie Daichi.

– Cześć – przywitałam się, uśmiechając się uprzejmie.

Kouji przyjrzał mi się z dziwnym uśmieszkiem pod nosem.

– Ach, więc to jest ta cudowna Izumi Tsuki – odparł – Kaito mówił, że jest z ciebie super ziomek.

Policzki Kaito przybrały barwę dorodnych pomidorów.

– Hej, hej! – zawołał – Nie użyłem takich słów spłycających jej osobowość!

– No racja, mówiłeś dokładnie, że jest bardzo ładna i bardzo mądra – wtrącił Daichi, uśmiechając się do mnie przyjacielsko.

To było za wiele, ja również spłonęłam rumieńcem.

– No mówię przecież – zaśmiał się Kouji – W każdym razie miło cię poznać, ziomek, ja jestem Kouji Hayashi.

Wyciągnął do mnie dłoń, a ja uścisnęłam ją uprzejmie.

– Dobra, dzieciaki, wsiadać! – zarządził, po czym podał nam kaski.

Daichi natychmiast założył swój, a potem usadowił się zaraz za Koujim, który szybko przedtem sam wskoczył na motocykl, zwarty i gotowy do jazdy. Obejrzałam swój kask.

– Czekaj, pomogę ci – stwierdził Kaito, wyjmując mi kask z rąk, a następnie założył go na moją głowę i zapiął – Wszystko okay? – spytał, a ja dałam znać, że tak – Super, to jedziemy.

Kaito pomógł mi jeszcze wsiąść na motocykl, a ja stresowałam się coraz bardziej. Wkrótce Kouji dał sygnał, że odjeżdżamy, po czym ruszył gwałtownie i tyle go widziałam. Byłam wdzięczna Kaito, że jechał powoli. Nie bałam się tak bardzo, jak myślałam, jednak objęłam go dosyć mocno w razie czego.

Przejeżdżaliśmy przez miasto jak podczas wycieczki krajoznawczej. Gdy Kaito zatrzymał się na światłach, obrócił lekko głowę w moją stronę.

– I jak? Wszystko dobrze?

– Tak, jest fajnie.

– To się cieszę.

Po tym krótkim dialogu światło zmieniło się na zielone i ruszyliśmy dalej. Potem zatrzymaliśmy się dopiero na wiadukcie dokładnie obok jeziora Mizu.

– Chwila przerwy, a potem odwiozę cię do domu – stwierdził Kaito, zsiadając z motocykla i zdejmując z głowy kask.

Stanęliśmy przy tej samej barierce, przy której stałam jeszcze wczoraj, obserwując walkę Mizu i Kasai'a. Przyglądałam się Kaito wpatrującemu się w taflę jeziora połyskującą w promieniach słońca. W pewnej chwili spojrzał na mnie, ale odważyłam się zatrzymać na nim wzrok.

– Wierzysz w te legendy? Że jezioro jest przeklęte – zapytał po chwili.

– To pewnie tylko legendy... – odparłam cicho.

– Mój tata się tutaj utopił, kiedy mama jeszcze była ze mną w ciąży. Nigdy go nie poznałem – dodał Kaito, przenosząc wzrok z powrotem na jezioro.

– O, nie... – szepnęłam ze zmartwieniem, zakładając, że moc Mizu znów musiała wyrwać się spod kontroli – Mój brat... On też tutaj zginął,  nieco ponad rok temu.

Poczułam, jak Kaito chwyta mnie za dłoń. Nie protestowałam.

– Ale wciąż boli. Może jestem niesprawiedliwy, ale bardziej opłakuję dziadka niż ojca. Mój dziadek zmarł całkiem niedawno, ze starości.

– Pewnie dlatego bardziej za nim tęsknisz, bo zdążyłeś się do niego przywiązać.

– Racja, a z ojcem nigdy nie miałem kontaktu... To może i smutne, ale z drugiej strony zaoszczędziło cierpienia po stracie kogoś dobrze znajomego.

Westchnął i spojrzał na mnie ponownie. Jego szarozielone oczy wyglądały dosyć tajemniczo. Uśmiechnął się delikatnie, a ja spanikowałam, mając wrażenie, że zaraz mnie pocałuje. Staliśmy tak ramię w ramię, trzymając się za ręce, oparci o metalową barierkę. To było nie w porządku wobec Kaito, wobec Mizu... Obróciłam twarz w stronę jeziora.

– Jedziemy już? – spytał, a ja kiwnęłam głową.

Chwilę później podałam mu adres i ruszyliśmy. Ciężkie poczucie winy osiadło gdzieś w środku mnie, dręcząc i plącząc moje myśli. Kiedy Kaito trzymał mnie za rękę, jego dotyk był przyjemny, jednak zaraz przypomniałam sobie dłoń Mizu, sinawą, pachnąca solą morską. Obawiałam się, że dałam Kaito zbyt duże nadzieje i teraz złamię mu serce.

Już pod moim domem pomógł mi zsiąść z motocykla i rozpiąć kask. Nieco się przy tym ociągał, jak gdyby chciał przedłużyć tę chwilę.

– Dzięki za podwózkę do domu – odparłam uprzejmie.

– Nie ma sprawy. Przepraszam, że zacząłem mówić o śmierci... Wprowadziłem tym pewnie ciężką atmosferę – dodał, speszony.

– Nie, spokojnie. Musisz przerobić żałobę po swojemu.

Milczał chwilę, tylko wpatrując się we mnie, a jego wzrok znów mnie onieśmielił.

– Dobra, nie zatrzymuję cię już – uśmiechnął się delikatnie – Dzięki za dzisiaj, Tsuki.

– Ja też dziękuję, Yukimura – odpowiedziałam pogodnie – Na razie!

Kaito wsiadł na motocykl, a ja już miałam wejść do domu, jednak jeszcze mnie zawołał.

– Tsuki... Tak naprawdę to doskonale rozumiem i już wcześniej rozumiałem funkcję wykładniczą – odezwał się z lekkim uśmiechem – Przyszedłem dzisiaj, bo chciałem spędzić z tobą czas. Miłego wieczoru.

To powiedziawszy, po prostu odjechał, a ja stałam jeszcze przez chwilę w miejscu jak otępiona.

Weszłam do domu ciężkim krokiem, panikując w myślach. To wszystko zaszło za daleko... Zdjęłam buty i odłożyłam je w kąt, by następnie wyjść z ganku i poszukać Mizu.

– Jestem z powrotem! – zawołałam, lecz nikt mi nie odpowiedział.

Wydawało mi się tylko, że słyszałam pomrukiwanie Yuki dobiegające z salonu, a więc tam też się udałam. Widok, który zastałam, rozczulił mnie – Mizu drzemał na kanapie, a Yuki spała na nim, zwinięta w kłębek. Uśmiechnęłam się do siebie, po czym przykryłam ich delikatnie kocem.

Na stole w kuchni natomiast było naszykowane jedzenie – garnek z zupą tonjiru oraz kurczak w sosie teriyaki podany z ryżem na płaskich talerzach. Byłam pod wrażeniem, czy to Mizu przygotował wszystko sam?

Po cichu weszłam na górę, a potem do swojego pokoju, żeby się przebrać. Założyłam błękitną sukienkę, po czym skierowałam się w stronę drzwi, jednak zanim wyszłam, usłyszałam pukanie w szybę. Odwróciłam się i zobaczyłam w oknie Kuuki. Jej włosy były zaplecione w warkocz, a ubrana była w białą koszulkę z nadrukiem ze skrzydłami oraz krótką, szarą spódniczkę. Otworzyłam okno, aby ją wpuścić.

– Izumi, kochana! – zawołała, wlatując do środka, po czym przytuliła mnie na powitanie.

– Kuuki! Coś się stało? – zaniepokoiłam się.

– Nie chodzi o mnie, a o Mizu! Kasai mi wszystko powiedział. Jak on się czuje? Wszystko z nim w porządku?

– Odpoczywa, ale już dobrze się czuje – odpowiedziałam, uspokajając ją – Dopiero wróciłam ze szkoły.

– Uff, całe szczęście! – westchnęła z ulgą, po czym podeszła do okna – Sora, orzełku, chodź do nas!

Tak oto w pokoju pojawił się również Sora, ubrany w błękitną koszulę z krótkim rękawkiem, szare jeansy oraz białe trampki. Jego włosy były związane w kucyk i wyglądał na dosyć odprężonego.

– Dzień dobry, Izumi – przywitał się pogodnie.

– Witaj, Sora – odrzekłam – Może chcecie zobaczyć się z Mizu? Śpi na dole.

Sora i Kuuki przystali na tę propozycję, więc wspólnie zeszliśmy do salonu. Tam powitała nas przebudzona Yuki, która zaczęła parskać.

– Och, spójrzcie na niego – westchnęła Kuuki – Mój starszy braciszek śpi jak niemowlę.

Wtedy jednak Mizu się obudził, bo Yuki była coraz głośniejsza i musiałam ją uciszać.

– Co? Co jest? – spytał, zdezorientowany, podnosząc się do siadu.

– Braciszku! – zaszczebiotała Kuuki, podlatując do niego i rzucając mu się na szyję.

– Kuuki, auć!

– Wybacz, rybko – przeprosiła, odsuwając się od niego – Jak się czujesz? Odzyskałeś siły? – pytała, położywszy mu dłoń na czole, jakby chciała sprawdzić, czy nie miał gorączki.

– Rany, siostra – mruknął Mizu – Zdrzemnąć się nie można.

– Teraz sobie słodko śpisz, ale słyszałam, że nieźle narozrabiałeś – dodała, zabierając mu dłoń z czoła – Kasai mi powiedział.

– Kasai... Nie zdążyłem mu jeszcze podziękować... – speszył się Mizu – W końcu mnie chronił, kiedy zamieniłem się w szalejącego lewiatana...

– To trzeba mu przyznać, robił wszystko, żeby przywrócić cię do obecnej postaci – wtrąciłam, trzymając Yuki na rękach – Nawet nie spodziewałabym się tego po nim.

– Och, i tak właśnie powinno być! – stwierdziła Kuuki – Ciągle wam mówię, że powinniśmy się trzymać razem. Żywioły współistnieją, jeden przeplata się z drugim.

– Wiem, też ostatnio nad tym myślałem – przyznał Mizu – Zdałem sobie sprawę, że przez te wszystkie lata bardziej się od siebie izolowaliśmy niż koegzystowaliśmy...

– Tak, też to czuję – Kuuki kiwnęła głową – Właściwie to nawet w przypadku mnie i orełka... – przyznała, spoglądając na Sorę – Kasai mnie wezwał, kiedy akurat spędzaliśmy razem czas, bo stwierdziłam, że tak naprawdę mało o nim wiem.

– Fajnie się bawiłem – odparł Sora, uśmiechając się rozczulająco.

– O, sami widzicie, jak się rozluźnił! – ucieszyła się Kuuki, podlatując tuż obok niego – Właśnie odkryłam jego zamiłowanie do słodyczy tłumaczące tę małą oponkę! – zawołała, szczypiąc go delikatnie po bokach, na co on oblał się rumieńcem i nieco się wzdrygnął od łaskotek.

– Kuuki, proszę, nie! – odrzekł z wielkim zawstydzeniem.

– I w dodatku wreszcie nauczył się mówić do mnie po imieniu! – dodała z dumą – Musimy to powtórzyć. Może nawet teraz? Skoro już wiem, że z Mizu wszystko w porządku... Jest w końcu w dobrych rękach – puściła mi oczko.

– Z chęcią, moja pani – stwierdził rozpromieniony Sora, wyciągając rękę w jej stronę – Droga Kuuki, pozwolisz?

Kuuki zachichotała, po czym zgrabnie chwyciła go za rękę, a Sora uniósł się z nią delikatnie w powietrzu i obrócił nią jak w tańcu.

– Dobra, już spadajcie – prychnął Mizu, wywracając oczami.

– My nie spadamy, my latamy – odrzekła Kuuki, po czym posłała w powietrzu całusa i wtem ją i Sorę spowiła srebrzysta poświata, a zaraz potem oboje zniknęli.

Mizu podniósł się z kanapy, aby rozprostować kości.

– Może i jest denerwująca, ale w gruncie rzeczy miło mi, że mnie odwiedziła – stwierdził – A ty gdzie byłaś? Czekałem i czekałem, aż zdążyłem usnąć.

– Dzień w szkole mi się trochę przedłużył... – oznajmiłam z lekkim zakłopotaniem – Ugotowałeś obiad?

– Tak, i myślałem, że możemy zjeść razem, kiedy wrócisz, ale teraz trzeba będzie go podgrzać. Chodź, pewnie jesteś głodna.

– Dziękuję, to bardzo miła niespodzianka.

– Chociaż tak mogę się odwdzięczyć... – uśmiechnął się.

Obiad był pyszny. Nie wiedziałam, że Mizu lubił gotować, ale wychodziło mu to świetnie. Twierdził, że miał dużo czasu, żeby się tego nauczyć, ale teraz rzadko gotował. Wyglądał zdecydowanie lepiej – jego wcześniej wysuszona skóra nabrała nieco jędrności i połysku, a choć włosy wciąż miały nieco ciemniejszy odcień niebieskiego niż zwykle, wyglądały na bardziej odżywione. Może ta niespodziewana przemiana rzeczywiście przywróciła mu nieco mocy.

Po skończonym posiłku pozmywaliśmy naczynia i odłożyliśmy je na suszarkę. Wyszliśmy z kuchni do holu, gdzie Mizu przyjrzał się stojącemu na komodzie zdjęciu Daisuke.

– To twój brat, prawda? – spytał, a ja kiwnęłam głową – Dawał ci jeszcze jakieś inne znaki swojej obecności?

– Nie... Zaczęłam już tak naprawdę wątpić w to, że on żyje – odparłam, trochę smutniejąc.

– Ale wtedy w Podziemiu to jego widziałaś.

– Tak, tylko że ja wtedy dosyć odpłynęłam... Nie wiem, co się ze mną działo.

– A kto inny mógł cię stamtąd wyciągnąć? Sama mówiłaś, że jego imię zostało wykreślone ze spisu zmarłych. To musi się jakoś łączyć.

– Może tak jest...

– Nie przestawaj go szukać – Mizu uśmiechnął się do mnie zachęcająco – Może rzeczywiście żyje i gdzieś jest.

– To brzmi jak sen... Jak to życzenie, które wypowiedziałam w październiku nad jeziorem.

Nagle usłyszeliśmy szczęk kluczy i drzwi wejściowe otworzyły się, a w nich ukazali się moi rodzice.

– Izumi, postanowiliśmy ci sprawić niespodziankę i wróciliśmy wcześniej z delegacji! – obwieściła mama, ale wtedy ona i tato zauważyli Mizu i stanęli jak wryci.

Sama byłam tak zbita z tropu, że przyswajałam całą tę sytuację raz jeszcze. Staliśmy we czwórkę, patrząc się tępo na siebie nawzajem, a atmosfera była coraz gęściejsza.

– Izumi... Nie przedstawisz nas? – zapytał zdezorientowany tata, obrzucając Mizu wręcz wojowniczym wzrokiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz