Tak, jak uwielbiałam zimę, musiałam przyznać, że wiosna zachwycała mnie w całym swym splendorze. Byłam wdzięczna losowi, że nie miałam alergii na pyłki i mogłam bez problemu podziwiać kwitnące drzewa i krzewy. Nie mogłam się doczekać, kiedy znów zobaczę te cudowne kwieciste krajobrazy. Pod koniec marca wiśnie zaczęły już puszczać pąki, co zauważyłam akurat w moje urodziny. Gdybym dobrze dogadywała się z Chikyuu, pomyślałabym, że pani ziemi chciała sprawić mi prezent.
Pierwszego kwietnia, trzy dni po moich szesnastych urodzinach, zaczynałam nowy rok szkolny. Na porannym apelu spotkałam wielu znajomych z klasy. Sabine przeprosiła mnie, że nie mogła przyjść na moje przyjęcie urodzinowe, ale doskonale to rozumiałam, bo co by było, gdyby nagle przemieniła się w pół-smoczycę przy wszystkich gościach? Mimo jej nieobecności, przyjęcie udało się. Dostałam od rodziców nieco pieniędzy oraz nową lampę stojącą do pokoju. Arisawa kupił mi srebrny naszyjnik z zawieszką w kształcie kota, co było strasznie słodkie. Dostałam również prezent od Mizu – była to obudowa na telefon, udekorowana morskimi motywami. Prezenty sprawiły mi wiele radości. Sabine przyniosła mi także podarunek w dniu rozpoczęciu roku – bon podarunkowy do sklepu z ubraniami. Zaplanowałyśmy, że w sobotę po szkole wybierzemy się wspólnie na zakupy. Najcenniejszym prezentem byłoby jednak, gdybym odnalazła Daisuke.
Odkąd dowiedziałam się, że być może wciąż żyje, kombinowałam, jak do niego dotrzeć. Próbowałam nawet przemawiać do niego w myślach, bo byłam pewna, że to on wyciągnął mnie wtedy z Podziemia. Nie miałam pojęcia, jak w ogóle rozpocząć poszukiwania. Kiedy patrzyłam na rodziców, pragnęłam powiedzieć im, że Daisuke gdzieś jest na pewno i trzeba go odnaleźć, jednak musiałabym wtedy opowiadać o tych wszystkich niesamowitych i niebezpiecznych rzeczach, które mi się przytrafiały. Uwierzyliby mi? Czułam się winna, że nie powiedziałam im o tym od razu. Postanowiłam na razie milczeć, bo nawet nie wiedziałam, jak miałam to ująć. O sprawie mojego brata powiedziałam Kage, Mizu, Arisawie i Sabine. Nie chciałam jednak, by zbyt wiele osób znało tę sytuację, bo nie miałam nawet pewności, że w ogóle można go jeszcze sprowadzić. Myślałam również nad powrotem do Podziemia, ale Kage przekonał mnie, że Daisuke musi znajdować się gdzieś indziej, skoro zdołał mnie stamtąd wydostać. Poza tym obiecałam mu, że już nigdy tam nie wrócę.
~*~
Pierwszy dzień szkoły nie różnił się zbytnio od tych pozostałych. Dziś było przyjemnie ciepło, więc umówiłam się z kilkorgiem znajomych ze szkoły po lekcjach w parku. Myślałam nad tym, jak rozwinęło się moje życie towarzyskie. Jeszcze niedawno wstydziłam się odezwać do kogokolwiek, a teraz przychodziło mi to z większą swobodą. Oby tak dalej.
Siedząc w parku, rozmawiając z przyjaciółmi i zajadając lody, czułam się, jak gdybym była zwyczajną dziewczyną – bez tych wszystkich fantastycznych przeżyć, tajemnic i przepowiedni. Miło było tak po prostu wyjść gdzieś ze znajomymi i dobrze się bawić. Uśmiech nie schodził z mojej twarzy. Wszyscy byli życzliwi, żartowali i opowiadali przeróżne historie. Odbierałam to wszystko jak film, jakby okiem kamery. Arisawa i Chizuru trzymający się za ręce, Hayato Minami drapiący się po karku, Sabine walcząca z topiącym się lodem oraz zwykle skryty Leo Atwater zachęcany do rozmowy przez Midori Kimurę. To było zupełnie inne życie – jednak nie moje.
– Nie mogę uwierzyć, że jesteśmy już w drugiej klasie! – westchnęła Chizuru z rozmarzeniem – A za rok o tej porze zaczniemy trzecią, ojej!
Na usta Arisawy wpełzł lekki uśmieszek.
– Co, aż tak ci się spieszy do opuszczenia liceum? – zapytał.
– Nie do końca o to mi chodziło – uśmiechnęła się – Po prostu uważam, że to wspaniałe, że mamy tyle możliwości i wciąż otwierają się nowe!
Leo uniósł jedną brew do góry.
– Kto wstrzyknął ci tyle cukru? – zadał pytanie, na co Arisawa zrobił groźną minę.
Chizuru jednak się roześmiała, a w ślady za nią poszła większość z nas. Leo tylko wywrócił oczami, ale można by rzec, że i on lekko się uśmiechnął. Gdzieś w tle spostrzegliśmy Hikaru Hidakę oraz jego dziewczynę, Rosalie Kurosawę.
Hikaru był, można powiedzieć, moim rywalem, jeśli chodzi o naukę. Zauważyłam, że między nami zrodziła się przyjacielska rywalizacja – nie byliśmy wrogami, a wręcz czułam do niego sympatię, jednak można było wyczuć pewien wyścig o oceny. Arisawa trochę mi o nim opowiadał. Dowiedziałam się, że Hikaru był raczej zdystansowany i pilny w nauce. Sama przekonałam się, że to prawda, mimo to nie zdał egzaminów na tyle dobrze, by powrócić do najlepszych, do klasy A. Podejrzewałam, że robił to specjalnie, by spędzać więcej czasu z Rosalie – tajemniczą, wiecznie zaciekawioną dziewczyną.
Kim ona była? Może tylko mi się wydawało, może miałam urojenia, bo spędzając tyle czasu z nadnaturalnymi istotami można zacząć szukać magii we wszystkich, jednak miałam wrażenie, że Rosalie nie była po prostu zwykłą dziewczyną. Ona i Hikaru musieli coś ukrywać – czasem dziwnie się zachowywali i wydawali się być wiecznie czujni. Doskonale wiedziałam, jak to jest.
Midori Kimura przyjaźniła się z Hikaru. Z tego, co wiem, pomagał jej w nadrabianiu zaległości, które zbierały jej się przez chorowitość. Dużo czasu spędzał również na tłumaczeniu materiału swojej dziewczynie, ale także innym uczniom. Można więc stwierdzić, że rywalizowaliśmy też w dawaniu korepetycji. Mimo moich pozytywnych relacji z Hikaru, czułam wobec niego coś, co kazało mi na niego uważać, ale nie potrafiłam powiedzieć, dlaczego.
~*~
Wróciłam do domu i rzuciłam szkolną torbę w kąt pokoju. Wzięłam prysznic i przebrałam się z mundurka w czarne, krótkie spodenki oraz szarą koszulkę na ramiączkach. Podeszłam do lustra w moim pokoju i przyjrzałam się sobie. Jasna, porcelanowa cera zaróżowiła się gdzieniegdzie pod wpływem słońca. Czarne, cieniowane włosy sięgały już ramion, pasowałoby je nieco podciąć. A może zostawić? Zielono-żółte oczy wydawały się głębsze, jakby dojrzalsze. Miałam również wrażenie, a może nadzieję, że urosłam chociaż centymetr czy dwa. Uczennica drugiej klasy liceum – to brzmiało o wiele lepiej niż pierwszoklasistka. Pierwszaczek, kotek. Teraz to inni muszą się zmagać z tymi określeniami, ja jestem już drugoklasistką. Byłam z tego dziwnie dumna – chyba udzielił mi się nastrój moich rówieśników. Westchnęłam i przyjrzałam się moim oczom raz jeszcze. Chyba jutro zrobię sobie leciutki makijaż. Wiem, wiem – skończyłam „słodką szesnastkę" i już się czuję nie wiadomo kim. Jednak według mnie różnica tego jednego roku była kolosalna. Jakoś o niebo lepiej brzmi „mam szesnaście lat" niż piętnaście. Co poradzić?
Zbiegłam po schodach prosto do salonu i omal nie krzyknęłam. Na kanapie siedział sobie Mizu, a Yuki leżała mu na kolanach i pomrukiwała cicho. Chyba oboje drzemali. Podeszłam ostrożnie i przyjrzałam się nieproszonemu gościowi. Z początku zdenerwowało mnie, że znów wpadł sobie bez ostrzeżenia, jednak później zmartwiłam się. Mizu nie wyglądał lepiej, odkąd ostatnio go widziałam – jego policzki wciąż były zapadnięte, skóra jeszcze bledsza i sucha, a włosy nieco ciemniejsze i bardziej nastroszone. Mimo to wydawał się młodszy. Kiedy tak drzemał, oddychając równo, wyglądał całkiem jak zwykły nastolatek – nawet jak mój rówieśnik z klasy. Ostrożnie wyciągnęłam ku niemu rękę i dotknęłam delikatnie jego policzka. Rzeczywiście, skórę miał szorstką i suchą niczym papier ścierny.
– Och, biedny Mizu... – szepnęłam – Co się z tobą dzieje?
Wtem Mizu przebudził się gwałtownie, podrywając się na kanapie, a ja szybko cofnęłam rękę. Spojrzał na mnie nieprzytomnie i jego turkusowe oczy rozjaśniły się nieco.
– Izumi? Och, to ty... – wymamrotał i przetarł oczy. Yuki również wyrwała się ze snu i zeskoczyła z jego kolan.
– To ja, naprawdę? W moim własnym domu? Cóż za niespodzianka! – stwierdziłam sarkastycznie, ale uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie. Nadal się martwiłam.
Mizu ziewnął przeciągle.
– Przepraszam... – odezwał się półgłosem, chyba jeszcze nie całkiem się obudziwszy – Słyszałem cię na górze, więc pomyślałem, że poczekam na ciebie w salonie. Twój kocurek chyba mnie polubił, bo od razu przyszedł się przywitać – uśmiechnął się i mrugnął do mnie, wciąż zaspany – No dobrze, może na początku nieufnie na mnie patrzył, ale potem zawarliśmy sojusz. Nawet nie zorientowałem się, kiedy zasnąłem...
Usiadłam obok śpiącego królewicza, zmarszczywszy lekko czoło.
– Słabo wyglądasz – zauważyłam – Ciągle masz kłopoty z mocą?
Mizu kiwnął smętnie głową i rozłożył bezradnie ręce.
– Sam zauważyłem, że moja zachwiana moc ma wpływ na mój wygląd zewnętrzny – stwierdził, drapiąc się po głowie – Spójrz na mnie – wyglądam, jakbym był chory, a jednocześnie, jakbym odmłodniał. Jakbym tracił moc i zbliżał się do poziomu dziecka...
Chwyciłam delikatnie jego wysuszoną, bladą dłoń.
– Martwię się – szepnęłam – Jest ktoś, kto mógłby ci pomóc?
– Szczerze? Nie wiem – odparł beznadziejnie Mizu – Jeszcze nigdy takie coś mi się nie zdarzyło. Nie ma lekarzy dla władców żywiołów... Co jest dodatkowo paradoksalne, bo przecież to ja jestem uzdrowicielem, a sam siebie nie potrafię wyleczyć.
Było mi go szkoda. Czułam w sobie narastającą panikę wraz z zatroskaniem. Dlaczego Mizu choruje? Czyżby coś lub ktoś próbowało odebrać mu moc? Czy Kasai lub Chikyuu maczali w tym palce? A może to ktoś zupełnie inny? Kiepsko znałam się na tych sprawach, a skoro sam Mizu nie mógł odgadnąć przyczyny tych zdarzeń, mnie było dodatkowo ciężej.
– Może nie powinieneś opuszczać jeziora – podsunęłam – Lub przenieść się do oceanu, gdzie woda jest czystsza i przede wszystkim jest jej więcej.
– Próbowałem – odrzekł smętnie Mizu – Wiesz, pomyślałem sobie... Pomyślałem, że może, kiedy zobaczę się z tobą, poczuję się lepiej...
Czułam, jak różowieją mi się policzki. Miałam ochotę spytać: „I jak?", ponieważ obawiałam się, że mój widok również mu nie pomógł, jednak on mnie wyprzedził, dodając:
– I faktycznie, mam chociaż lepsze samopoczucie – posłał mi zmęczony uśmiech, wzruszając mnie.
– Musi być ktoś, kto ci pomoże – upierałam się – Proszę, zastanów się.
Mizu spojrzał gdzieś w przestrzeń.
– Kontaktowałem się już z osobami, o których tak myślałem – mruknął – To moje zaufane kapłanki. Robiły wszystko, co w ich mocy, jednak nie potrafią określić przyczyny mojego stanu. Wszyscy i tak przypuszczają, że to ma ścisły związek z przepowiednią, więc ciężko będzie temu zaradzić, o ile w ogóle się da. Ja... być może już staję się człowiekiem... – dodał ciszej, z nutką grozy w głosie.
Spojrzał na mnie. W jego oczach czaił się niepokój.
– Możliwe, że moce opuszczają mnie... Tak jak i nieśmiertelność – ciągnął cichym, łamliwym głosem.
To jedno pytanie dręczyło mnie, przewiercając moje istnienie na wskroś: „Czyżbyś się zakochał?". Nie miałam odwagi go jednak zadać. Co, jeżeli on rzeczywiście zakochał się we mnie? Na samą myśl o tym moje serce zaczynało uderzać o żebra w szaleńczym tempie, jednak musiałam odłożyć amorki na bok. Czułam się winna – to przeze mnie Mizu tak teraz wygląda? To ja sprawiłam, że traci moce? Powiedziałam sobie w duchu „stop" – przecież tu nie chodzi o mnie, a o Mizu. Jeśli jednak jestem przyczyną tego wszystkiego, to czy nie lepiej byłoby, gdybym...
– Mizu – podjęłam raz jeszcze, starając się ze wszelkich sił opanować emocje – Wymyślimy coś. Może przyczyną jest coś innego... coś gorszego? Może lepiej by było, gdybyś wrócił do jeziora. Martwię się...
Mizu uśmiechnął się do mnie czule. Wydawał się być wzruszony moją troską. Położył mi rękę na policzku i poczułam zapach soli morskiej. (Swoją drogą, zastanawiało mnie, dlaczego pachnął jak morze, skoro mieszkał w jeziorze.) Wierzyłam, że uda nam się coś wymyślić i jakoś zaradzić temu, co się z nim działo. Gdybym tylko miała pewność, że przyczyną nie jest przepowiednia...
Jego oczy zdawały się zachować żywego, zadziornego ducha żartownisia, który tak bardzo określał moje wyobrażenie o Mizu. Turkus jego tęczówek mienił się wesoło niczym tafla wody w słoneczny, ciepły letni dzień. Zapatrzyłam się tak bardzo, że przez chwilę nie zorientowałam się, że jego twarz była coraz bliżej i nawet pozwoliłam mu się pocałować. Automatycznie zamknęłam oczy.
Pocałunek był słonawy, a przy tym dziwnie orzeźwiający – niczym kąpiel w ciepłym morzu lub nurkowanie z mnóstwem wrażeń. W uszach zaszumiało mi, jak gdybym przyłożyła je do muszli snującej morskie opowieści. Na policzkach czułam wypieki przywodzące na myśl ciepłe, roztańczone promienie letniego słońca muskające delikatnie skórę. Tak właśnie całowało się Mizu, chociaż nie jestem w stanie opisać moich pełnych wrażeń nędznymi, ludzkimi słowami.
Kiedy jego usta delikatnie pożegnały się z moimi, otworzyłam szeroko oczy i dopiero wtedy zorientowałam się, co się właśnie stało. Twarz Mizu przybrała podobny wyraz do mojego, co świadczyło o tym, że sam nie był do końca świadomy tego, co robił. Teraz jednak oboje wiedzieliśmy jasno i uzmysłowiliśmy sobie dobitnie – całowaliśmy się.
Nie byłam w stanie powiedzieć czegokolwiek, a Mizu nie wyglądał na bardziej zdecydowanego. Jego dolna warga drgnęła lekko, po czym dosłownie wyparował z kanapy. Wodziłam wzrokiem za ulatniającymi się kropelkami pary wodnej, dopóki zupełnie nie zniknęły z moich oczu. Poderwałam się z kanapy gwałtownie i pobiegłam do mojego pokoju wykrzyczeć się w poduszkę.
Ośliniłam sobie chyba przy tym pościel, ale nie zważałam na to. Serce biło mi tak gwałtownie, jak gdybym dostała wysokiej gorączki. Zresztą byłam również rozpalona, a moje ręce zrobiły się zimne i pokryły się delikatną warstwą potu. Rzuciłam się plecami na łóżko i wzięłam kilka głębokich oddechów. Uprzednio zasunęłam roletę w oknie mojego pokoju, żeby Arisawa przypadkiem mnie nie dostrzegł i nie pomyślał sobie, że dostałam padaczki, czy czegoś w tym rodzaju. Tylko Yuki zajrzała, nieco przestraszona, ale przepędziłam ją i zamknęłam drzwi. Wróciłam na łóżko i wariowałam, bo jedyne, o czym potrafiłam w tej chwili myśleć, to ten cholerny pocałunek z Mizu.
W mojej głowie kłębiło się tyle pytań naraz, że obawiałam się, że zaraz wybuchnę. Oddychałam ciężko, ale po jakimś czasie udało mi się w miarę ustabilizować oddech. Zamknęłam oczy. Widziałam przed sobą jego zmęczoną, lecz roześmianą twarz. Wyobraźnia podpowiedziała, że byliśmy właśnie pod wodą, pływając wspólnie, otoczeni przez ciepłe, silne ramiona oceanu. Zwinęłam się w kłębek. Odczuwałam tak dziwną mieszankę szczęścia i zaniepokojenia, że nie byłam w stanie ocenić, co przeważało. Miałam ochotę to komuś powiedzieć, a najlepiej wykrzyczeć prosto w twarz: „Całowałam się z Mizu!". I tylko tyle, bez żadnych szczegółowych opisów, na jakie sobie wcześniej pozwoliłam, bo to było zbyt intymne, zbyt indywidualne odczucie. O rany, całowałam się z Mizu. To nie był sen, ani wyobraźnia; to się zdarzyło naprawdę. Całowałam się z Mizu... i prawdopodobnie właśnie przez to umrze.
Wypadłam z dusznego pokoju, zabrawszy ze sobą jedynie cienką koszulę w kratę i telefon. Założyłam koszulę niedbale, wetknęłam telefon do kieszeni spodenek i opuściłam dom. Potrzebowałam się przejść. Kiedy uprzednio przechodziłam przez salon, obawiałam się, że zobaczę tam Mizu siedzącego z powrotem na kanapie. Bałam się jego reakcji, bo jakkolwiek cudowny był ten pocałunek, był również koszmarnie krępujący i zupełnie nie na miejscu.
Nogi same zaprowadziły mnie do parku, gdzie spędziłam dziś czas ze znajomymi. Musiałam się minąć z rodzicami, bo po chwili telefon w mojej kieszeni zabrzęczał z SMSem od nich. Wyjaśniłam, że poszłam na spacer i wrócę wieczorem. Pewnie chcieli porozmawiać o pierwszym dniu w szkole, to taka typowa rzecz dla rodziców.
Poczułam zapach kwitnącej wiśni. Podziwiałam drzewa, które zdążyły już zakwitnąć na różowo, gdy tak przechadzałam się dróżką wyłożoną małymi kamykami. Zatrzymałam się przy jednym drzewie wiśniowym, które akurat nie kwitło. Miało chyba najgrubszy pień z nich wszystkich, co świadczyło o tym, że liczyło sobie najwięcej lat. Mimo to nie puściło ani pączka, a wciąż wyglądało zimowo. Nie znałam się zbytnio na drzewach, ale założyłam, że może być chore. Nie wiedziałam, dlaczego to robię, ale dotknęłam dłonią kory drzewa. Przesunęłam delikatnie palce po chropowatej powierzchni. To zadziwiające, jak bardzo starałam się przestać na chwilę myśleć o tamtym pocałunku i co robiłam, próbując to osiągnąć. Nagle coś zafalowało pod moimi stopami tak, że omal się nie przewróciłam. Zaskoczona, spojrzałam w dół i chwyciłam się starej wiśni, by nie upaść. Nic jednak pod sobą nie zobaczyłam, usłyszałam za to stłumione dźwięki. W parku co prawda rozbrzmiewały różne odgłosy, ale ten zdawał się mieć swoje źródło pode mną. Wpatrywałam się chwilę w to miejsce, dopóki nie usłyszałam wołania wydanego przez wysoki głosik:
– Izumi!
Odwróciłam się i początkowo nikogo przed sobą nie zobaczyłam, ale gdy skupiłam się, dostrzegłam moją znajomą wróżkę, Jagódkę, lecącą ku mnie. Wyglądała na naprawdę zaniepokojoną – jej purpurowe włosy były zmierzwione, jakby leciała bardzo szybko i panicznie. Przyciskała małe rączki do piersi i lekko się trzęsła. Wyciągnęłam dłoń, by wróżka mogła na niej wylądować.
– Co się stało? – zapytałam ze zmartwieniem, podczas gdy Jagódka opadła na moją dłoń i zaczęła dyszeć.
– P-Po... Uff... – wysapała wróżka, łapiąc oddech – Poziomka zaginęła!
Wybałuszyłam oczy.
– Jak to?... – przeraziłam się, chociaż zdawałam sobie sprawę, że taką maleńką wróżkę łatwo jest zgubić.
– Zostawiłam ją z tym moim niewydarzonym idiotą! – uniosła się gniewem, lecz natychmiast wróciło zmartwienie – Wciąż szukamy, ale nic! Proszę, pomóż nam. Ty lepiej widzisz z odległości...
– Spokojnie, Jagódko. Oczywiście, że pomogę – obiecałam – Razem na pewno ją znajdziemy i będzie dobrze!
Jagódka posłała mi wdzięczny uśmiech, po czym wzleciała ku mnie, by następnie usadowić się na moim karku.
– Będę stąd wypatrywać, dobrze? I dawać ci wskazówki, gdzie jej szukać – oznajmiła – O! Urosły ci włosy, można się w nich dobrze schować! – zasłoniła się moimi włosami, by uniknąć spojrzeń przechodniów – Ruszajmy!
Tak oto wyruszyłyśmy na poszukiwania igły w stogu siana – to znaczy małej wróżki Poziomki w miejskim parku.
Chodziłam po parku w tę i z powrotem, rozglądając się bacznie i wypatrując maleńkiej wróżki. Dobrze, że trawa była skoszona, co ułatwiało i tak już trudne zadanie. Wodziłam wzrokiem w pionie i w poziomie, górą i dołem, lecz nigdzie nie widziałam Poziomki. Jagódka była bardzo podenerwowana, a ja starałam się ją uspokajać. Mówiłam jak najciszej, żeby uniknąć dziwnych spojrzeń. W parku było dzisiaj dużo ludzi, którzy najwyraźniej postanowili skorzystać z ładnej pogody. Zaczynałam się martwić, że rzeczywiście jej nie znajdziemy.
Nagle wypatrzyłam pewną osobę, lecz nie była to Poziomka. Parę metrów dalej stał Hikaru Hidaka, który rozglądał się na wszystkie strony, jak gdyby również czegoś szukał. Wkrótce znalazł się bliżej, uniósł głowę i mnie dostrzegł.
– Cześć, Tsuki – przywitał się i kiwnął uprzejmie głową.
– Witaj, Hidaka – odpowiedziałam i przyjrzałam mu się podejrzliwie.
Zastanawiałam się, czego mógł szukać. Wydawało mi się, że atmosfera tego przypadkowego spotkania jest jakaś nerwowa. Jakbyśmy oboje coś ukrywali...
Jagódka poruszyła się, najwyraźniej chcąc wylecieć ze swojej kryjówki, ale powstrzymałam ją dłonią.
– Szukasz tu czegoś? Tak się rozglądałeś, jakbyś coś zgubił – podjęłam rozmowę.
– Ja, um... Właściwie to... – jąkał się, najwyraźniej próbując znaleźć odpowiednie słowa – Tak, szukam... Szukam poziomek.
Zamurowało mnie. Wybałuszyłam oczy i przyglądałam się Hidace z najprawdziwszym zdziwieniem. Poziomek? Czy ja dobrze usłyszałam?
– To zabawne... – stwierdziłam – Bo ja w sumie też...
Teraz to Hikaru spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć, aż tu nagle zrobiło się jeszcze dziwniej, gdy pojawił się Samuel. Bałam się, że Hikaru go dostrzeże, gdy uświadomiłam sobie, że on wyleciał właśnie zza niego, jak gdyby siedział na jego karku, zupełnie jak Jagódka na moim.
– Jakich poziomek? My mamy tylko jedną córę, o ile się nie mylę! – żachnął się Samuel.
Jagódka wreszcie opuściła swoją kryjówkę i podleciała do Samuela, po czym zdzieliła go w głowę otwartą dłonią.
– Jakbyśmy mieli ich więcej, to i tak byś wszystkie zgubił, ty durniu! – wrzasnęła – Poza tym, nie wpadłeś na to, że Izumi i Hikaru najwyraźniej chcieli pozostawić naszą obecność w tajemnicy?!
– Och... – speszył się Samuel – Cóż, chyba założyłem, że... On wie, że ona wie.
– Dobrze, obmówimy to później – zdecydował Hikaru – Teraz trzeba znaleźć Poziomkę.
~*~
– Proszę, oto i zguba! – zawołałam radośnie, widząc małą wróżkę bawiącą się na krzaku.
Wtem dostrzegłam jeszcze jedną wróżkę i oniemiałam. Była opalona i piegowata. Miała okrągłe, szare oczy, a jej blond włosy miały zielonkawy odcień. Uświadomiłam sobie, że była to Rosalie.
Hikaru dogonił mnie, a tuż za nim przybyli Samuel i Jagódka. Rosalie wyglądała na zmieszaną, ale wzięła Poziomkę na ręce i przekazała rodzicom.
– Znalazłam ją samą – oświadczyła wysokim głosikiem – A Izumi najwyraźniej znalazła nas obie.
Posłała mi zakłopotany uśmiech, który odwzajemniłam.
– Cześć... – odpowiedziałam w zmieszaniu.
Samuel i Jagódka powitali Poziomkę z powrotem bardzo emocjonalnie. Widać było, że oboje odczuwali ogromną ulgę. Samuelowi było potwornie przykro, że spuścił z oka swoje dziecko, ale Rosalie oświadczyła, że wróżkę można by łatwo zgubić i bez tego. Podobno sama wdrapała się na motyla, dlatego tak daleko odleciała.
Szczęśliwi rodzice podziękowali naszej trójce serdecznie, po czym udali się do domu wraz ze swoją rozbrykaną córeczką, która teraz najwyraźniej się zmęczyła i leżała śpiąca w ramionach Samuela. Odetchnęłam z ulgą i spojrzałam na Hikaru oraz Rosalie.
– Wygląda na to, że musimy porozmawiać... – stwierdziłam.
Hikaru skinął głową.
– Ale nie tutaj.
~*~
Siedzieliśmy we troje na ławce w osamotnionej alejce. Od czasu do czasu ktoś tędy przechodził, ale stosunkowo rzadko, więc po prostu urywaliśmy wtedy rozmowę. Rosalie była już w swojej ludzkiej postaci.
– Więc, Kurosawa... – zwróciłam się do niej – Jesteś wróżką, tak?
Rosalie zaśmiała się.
– Najwidoczniej – odparła.
– Wiecie co? Przeczuwałam, że coś ukrywacie, bo sama jestem zamieszana w ten fantastyczny świat – przyznałam – Jednak o czymś takim w życiu bym nie pomyślała... Więc wróżki mogą przybierać ludzki kształt?
Pomyślałam o tym, bo Mizu mówił, że syreny czasem wychodzą na ląd w ludzkiej postaci. Rosalie jednak pokręciła przecząco głową.
– Nie mogą – odpowiedziała – Jednak, widzisz, ja... Poprosiłam o taką możliwość panią Chikyuu...
Wybałuszyłam oczy.
– I ona... zgodziła się? – zdziwiłam się.
Hikaru zmarszczył lekko brwi.
– No... Rosalie musiała w zamian coś poświęcić... – wtrącił, jakby z lekkim zmartwieniem.
Rosalie przytaknęła.
– Moją nieśmiertelność... – wyjaśniła – Ale nie żałuję ani trochę – uśmiechnęła się i uczepiła się ramienia Hikaru – Dzięki temu możemy być razem.
– Czekajcie... Poznaliście się, kiedy byłaś wróżką? – zmieszałam się.
Hikaru się zarumienił.
– Wiesz, Tsuki, ja... Widzę wróżki, odkąd pamiętam – wyznał – Nikt jednak nie chciał mi wierzyć, więc przestałem o tym mówić. I tak, poznałem Rosę, kiedy była wróżką... To może wydawać ci się dziwne, ale wtedy się w niej zakochałem – powiedział nieco cichszym głosem i ponownie się zarumienił.
Rosalie położyła mu głowę na ramieniu. Czułam się nieco zakłopotana. Takiej historii miłosnej jeszcze nie słyszałam.
– Cieszę się, że mogę z wami chodzić do szkoły – oznajmiła wesoło Rosalie – Codziennie uczę się nowych rzeczy. To takie ekscytujące!
Uśmiechnęłam się.
– To dobrze, że się odnalazłaś – stwierdziłam.
– A ty, Tsuki? – zapytał Hikaru po chwili ciszy – Skąd wiesz o tym całym magicznym świecie?
Pytanie to sprawiło, że znów musiałam pomyśleć o Mizu, więc zakłopotałam się nieco, ale starałam się nie dać tego po sobie poznać.
– Hmm, więc... W wyniku pewnego nieporozumienia zostałam powierniczką mocy Mizu – wyjaśniłam pokrótce, a Hikaru i Rosalie przyjrzeli mi się z uznaniem.
– To ty taka szycha jesteś? – zapytała przyjaźnie Rosalie – Jak cię wybrał?
Opowiedziałam im, jak doszło do naszego spotkania. Przy wspomnieniu Daisuke głos na chwilę mi się załamał, ale opanowałam go. Nie powiedziałam im naturalnie, że być może mój brat jednak żyje. Ograniczyłam się do samych ogółów, bo jednak niezbyt dobrze znałam moich rozmówców, mimo, że właśnie podzielili się ze mną sekretem.
Potem rozeszliśmy się, bo w końcu obiecałam rodzicom, że wrócę wieczorem, a było wpół do siódmej. Latarnie w parku migotały ciepłym światłem, bo robiło się już ciemno. Zbliżałam się do starej wiśni i przypomniałam sobie, co zdarzyło się tu wcześniej dzisiejszego dnia.
Zatrzymałam się i ponownie przyjrzałam się drzewu. Wodziłam wzrokiem po korze drzewa, gdy nagle coś napotkałam i zamarłam. Widziałam przed sobą parę błyszczących, czerwonych oczu spoglądających na mnie z otworów w drzewie. Omal nie krzyknęłam, ale poczułam się jak w horrorze. Chwilę później oczy zniknęły i ziemia pode mną ponownie zafalowała. Rzuciłam się do ucieczki, ale oto nagle z ziemi dosłownie wyskoczyła pewna postać.
– Stać, w imię pani Chikyuu! – warknęła na mnie.
Rozejrzałam się dookoła, ale park już opustoszał. Chyba miałam kłopoty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz