sobota, 19 czerwca 2021

Rozdział III

 Nie jestem w stanie dokładnie opisać tego, co się działo.

Czułam się podobnie, gdy podróżowałam cieniem, ale to było coś innego. Kręciło mi się w głowie i było mi niedobrze, a kiedy wreszcie otworzyłam oczy z powrotem, krzyknęłam z przerażenia.

Znajdowałam się w dżungli. Siedziałam na mokrej ziemi, a wokół mnie rozpościerał się las. Drzewa były omszone, o wielkich liściach. Z oddali dobiegał szum wody. Ciepłe promienie słońca przedzierały się gdzieniegdzie. Wyglądało na to, że było około południa.

Podniosłam się z ziemi, zdezorientowana. Rozglądałam się za zielonkawym owalem, który mnie tu przywiódł, ale zniknął. Nagle poczułam się jeszcze bardziej nieswojo. Znałam to uczucie - ktoś mi się przyglądał. Nie myliłam się. Niemal od razu, jak o tym pomyślałam, zza drzew wyłoniła się grupka postaci. Wyglądali jak ludzie, jednak gdy przyjrzałam im się uważnie, dojrzałam, że byli z kamienia. Przypominali kamienne posągi, ale poruszali się całkiem sprawnie. Mieli kolorowe malunki na twarzach oraz byli uzbrojeni. Spanikowałam, bo wszyscy szli na mnie, wykrzykując coś w obcym mi języku.

Podniosłam ręce, gdy wycelowali swoje bronie we mnie. Zaczęłam oddychać nerwowo.

- Spokojnie! - pisnęłam - Nie wiem, skąd się tu wzięłam. Potrzebuję pomocy, chcę wrócić do domu! Nie mam złych zamiarów!

Dwaj kamienni mężczyźni chwycili mnie za ramiona i unieśli do góry. Krzyknęłam, czując jak muskularne były ich ramiona. Chyba nie było sensu z nimi walczyć. Nieśli mnie dokądś, a ja szarpałam się w panice. W końcu jeden z nich zawołał na mnie tak, jak się woła na psa, żeby się uspokoił. Inny z grupy przemówił do mnie spokojnym głosem. W pierwszej chwili nie zrozumiałam go, ale potem zdałam sobie sprawę, że powiedział coś po angielsku. Jego akcent nie był zbyt zrozumiały, ale chyba powiedział, że nie zrobią mi krzywdy (albo tylko miałam taką nadzieję).

Dotarliśmy w okolice płóciennego namiotu. Kamienni mężczyźni postawili mnie dokładnie przed nim i zawołali w swoim języku. Z namiotu dobiegł kobiecy głos, pod wpływem którego jeden mężczyzna pokazał mi gestem dłoni, bym weszła do środka. Niepewnie przestąpiłam próg namiotu, wraz z mężczyznami tuż za mną.

W środku siedziała kamienna kobieta, która pozwoliła nam wejść. Miała długie włosy rozdzielone na pół, z których jedna część była blond, druga brązowa. Blond włosy były zaplecione w warkocz, brązowe spięte w kucyk. Oczy miała czerwone, podobnie jak wzory wymalowane wokół nich. Usta były pociągnięte szkarłatną szminką - na górnej wardze i części dolnej, tak, że całość miała kształt podobny do serca. Nosiła na głowie trzy pióra - czerwone, żółte i zielone, w których to kolorach był cały jej strój. Kobieta miała trzy ogony, które, podobnie jak włosy, różniły się kolorami - jeden blond, drugi brązowy, a trzeci, zapleciony w warkocz, był w obydwu kolorach. Wystraszona, spojrzałam w oczy kobiety, które zdradzały, że ich posiadaczka miała wojowniczą naturę. Zdawała się na coś czekać. Jeden z mężczyzn, którzy mnie tu zaprowadzili, szturchnął mnie lekko.

- Eee, dzień dobry... - odezwałam się, czując się wyjątkowo głupio - Czy... Czy pani mnie rozumie?

- Nie mów do mnie pani - obruszyła się kobieta - Jestem Phiri, dowódca legionu skalnego ludu.

- Och - odparłam - Izumi Tsuki. Cieszę się, że znasz japoński. Wreszcie mogę wytłumaczyć to całe zajście...

Zanim zaczęłam z rozmową w stylu: „Przybywam w celach pokojowych, odeślijcie mnie do domu!", Phiri przerwała mi:

- Nie władam językiem japońskim jakoś perfekcyjnie. Możemy również rozmawiać po angielsku lub francusku, nie ma problemu. A teraz lepiej wytłumacz się, co robisz na naszym terenie.

- Mogę wiedzieć, co to właściwie za teren?... - zapytałam nieśmiało - Domyślam się, że nie jestem już w Japonii...

- Znajdujemy się w Kotlinie Konga - odrzekła Phiri, jakby to było oczywiste.

Wybałuszyłam oczy.

- Co?! Ale to w Afryce! - wykrzyknęłam.

- Owszem - potaknęła Phiri, wywracając oczami - Mów lepiej, czego tutaj chcesz, Izumi Tsuki. Tracę cierpliwość...

Zdenerwowana, przełknęłam ślinę i opowiedziałam jej, jak się tu znalazłam. Porozumiewałyśmy mieszanką języka angielskiego i japońskiego. Nie było w sumie zbyt wiele do opowiadania - w mojej łazience pojawiło się dziwne światło, które mnie wessało, i tak oto w sekundę przeniosłam się z Japonii do Afryki.

Phiri zmarszczyła czoło.

- Pani Ardhi - odparła.

- Przepraszam? - zdziwiłam się.

- Och... Chodziło mi o panią ziemi - wyjaśniła - Wy, zdaje się, zwiecie ją... Chikyuu? - zapytała, a ja pokiwałam głową - To był portal pani Chikyuu - ciągnęła - Widocznie ona cię tu przysłała. Jesteś z nią w jakiś sposób związana?

Przełknęłam ślinę ponownie.

- Niezbyt - stwierdziłam - Jestem powierniczką mocy pana Mizu... To znaczy, pana wody.

Nigdy jakoś nie przyszło mi na myśl, że przecież te imiona, którymi zwracałam się do Mizu i jego rodzeństwa, były japońskie. Zresztą, to by było dziwne, gdyby cały świat nazywał żywioły tylko w jednym języku.

W rozmowie z Phiri pominęłam fakt, że z Chikyuu nie układało mi się zbyt dobrze. Wyglądała na zamyśloną. Powiedziała coś do swoich strażników, a oni skinęli głowami i opuścili namiot.

- Wezwiemy panią Chikyuu - wyjaśniła - Dowiemy się, dlaczego stworzyła dla ciebie portal i ewentualnie odeślemy cię do domu. Może to nieporozumienie.

- Dziękuję - odrzekłam, czując jednak niepokój na myśl, że Chikyuu miała się tu pojawić.

Nagle rozległy się okrzyki, które dobiegały z zewnątrz namiotu. Phiri zmarszczyła czoło, a w jej oczach zabłysnął niepokój. Zerwała się z miejsca i wybiegła z namiotu, a ja udałam się za nią.

Wioskę ogarnęła panika. Skalni ludzie biegali z miejsca na miejsce, a wojownicy, którzy mnie tu przyprowadzili, uformowali się w legion i wzywali Phiri, oczekując rozkazów. Uniosłam wzrok ku niebu i ujrzałam pół-smoki atakujące wioskę swoimi płomieniami. Większość z nich była w kolorach czerwono-pomarańczowo-złocistych, i takie też były ich ogniste pociski, którymi siali zamęt wśród osadników. Bywały również jednostki innych kolorów, ale było ich niewiele. Dostrzegłam również zielonego pół-smoka, który przypominał Akumu, oraz ciskał trującymi płomieniami. Zdałam sobie sprawę, że nie wszystkie z nich miały skrzydła - te bezskrzydłe atakowały na ziemi, a wszystkich ogółem było o wiele więcej niż skalnych ludzi.

Phiri dobyła swej broni - długiej włóczni z wielkim, podłużnym grotem, przymocowanym bardziej na zasadzie miecza - a potem zaczęła wykrzykiwać różne komendy w swoim języku do legionu skalnych wojowników. Patrzyłam, jak płonęły ich namioty. Pojedyncze płomienne pociski w kontakcie ze skalistą skórą tubylców powodowały oparzenia, a te bardziej specyficzne najczęściej zatruwały. Byłam spanikowana, nie miałam pojęcia, co robić. Nie byłam w stanie pomóc, a i bałam się o własne bezpieczeństwo. Może gdybym zdołała przyzwać Mizu... Ale on nie był w najlepszej formie, a w dodatku nie było tu zbytnio żadnego wodnego zbiornika.

Usiłowałam znaleźć jakieś schronienie, gdy podbiegł do mnie pewien skalny chłopak i krzyknął, że przysłała go Phiri.

- Zaufaj, zabiorę cię w bezpieczne miejsce... Izumi? - rzekł, a ja pokiwałam głową i odnalazłam Phiri wzrokiem.

Właśnie odparła atak jednego z pół-smoków i wskazała, żebym udała się za nieznajomym. Nie miałam innego wyjścia, a więc złapałam się go i rzuciliśmy się do ucieczki.

 

~*~

 

Chłopak wyglądał na nastolatka, ale był dość muskularny jak na swój wiek. Miał rudobrązowe, kręcone włosy i bystre, czerwone oczy, wokół których widniały podobne malunki jak u Phiri. Miał tylko jeden ogon, spleciony w warkocz. W ręku dzierżył tarczę, którą osłaniał nas oboje, gdy jakiś ognisty pocisk leciał w naszą stronę. Biegliśmy wśród płonących drzew, a rozprzestrzeniający się pożar zaczynał mnie dusić. Chłopak dostrzegł, że poruszałam się znacznie wolniej, i wziął mnie na ręce, by pod żadnym pozorem się nie zatrzymywać.

Wreszcie dotarliśmy do jakiejś groty, dokąd wbiegł ze mną na rękach. Na tym jednak nasza ucieczka się nie skończyła. Dalej przemieszczaliśmy się skalistym tunelem, który zdawał się kierować w dół. Było tu tak ciemno, że widziałam tylko twarz chłopaka. Jego oczy błyszczały się jak dwie latarenki, więc przypuściłam, że dzięki temu widział w ciemnościach. Pokasływałam od czasu do czasu od dymu, jednak naturalnie czułam się już lepiej, gdy nie przebywałam w centrum pożaru. Dobrze, że chłopak mnie trzymał, bo z pewnością wciąż nie miałam tyle siły, by biec sama.

Ostatecznie zatrzymał się, gdy sam się zmęczył. Delikatnie ułożył mnie na omszałych skałach, a sam przycupnął w pobliżu. W skalnych ścianach znajdowały się przeróżne minerały, z których sączyło się słabe światło. Coś mi to przypominało, ale nie mogłam skojarzyć. Pojawiło się denerwujące uczucie deja vu, które jednak zaniechałam, gdy skalny chłopak się do mnie odezwał:

- Jak się czujesz? - zapytał, lekko dysząc od biegu.

- W porządku, dziękuję za ratunek - odpowiedziałam, delikatnie podnosząc się do pozycji pół-siedzącej.

Chłopak kiwnął głową i wyciągnął do mnie rękę.

- Jestem Akili - rzekł.

- Izumi - przedstawiłam się - Co to za atak? Czy reszta twojego ludu też się gdzieś skryła?

Akili skrzywił się nieco. Dopiero teraz zauważyłam, że jego tors był nagi i pewnie lekko poczerwieniałam na policzkach. Nie zamierzałam się gapić, więc z całej siły skupiłam uwagę na jego czerwonych tęczówkach, delikatnie połyskujących w półmroku.

- Od lat to plemię pół-smoków naprzykrza się mojemu ludowi - rozpoczął wyjaśnienia - Niegdyś wypędzili nas z terenu ojców, teraz chcą przejąć nowe ziemie. Prawdę mówiąc, przyzwyczailiśmy się do częstych ataków z ich strony. Jako że w dużej mierze jesteśmy ze skały, ich ogień nie wyrządza nam tyle szkód co u ludzi, aczkolwiek jest bez wątpienia niebezpieczny. Skoro zaś ty, Izumi, jesteś człowiekiem, zabrałem cię daleko od osady, na rozkaz mojej siostry.

- Phiri? - zgadłam, a Akili pokiwał głową.

Zapadła chwilowa cisza, podczas której głównie zgłębiałam otoczenie wokół nas i rozważałam to, co przed chwilą usłyszałam. Ogon Akilego szurał po skalnej nawierzchni, gdy przesuwał go to w lewo, to w prawo. W końcu chłopak spojrzał na mnie i zadał pytanie:

- Jak właściwie się tu znalazłaś? Słyszałem jakieś pogłoski od innych mieszkańców wioski, ale niczego konkretnego się nie dowiedziałem.

Po raz kolejny opowiedziałam historię z portalem.

- Właśnie mieliśmy wzywać Chikyuu... Znaczy, panią ziemi, tak nazywamy ją po japońsku... Chcieliśmy wyjaśnić to całe zamieszanie... Chwila - olśniło mnie - Dlaczego po prostu jej nie zawołacie, by pomogła wam z pół-smokami?

Akili zmarszczył czoło.

- Nie możemy tak po prostu wezwać pani Ardhi, by pomogła nam w walce - odparł, kręcąc głową - To nasz problem, musimy sami go rozwiązać.

- Nawet, jeżeli te pół-smoki atakują lud oraz las, które Chikyuu stworzyła?

- To nie zmienia postaci rzeczy. Gdyby zaatakowała pół-smoki, z kolei pan Moto... Pan ognia, mógłby poczuć się dotknięty i zaatakować panią Ardhi w odwecie - wyjaśnił Akili - Strażnicy żywiołów nie powinni mieszać się w sprawy istot, które stworzyli. To zawsze źle się kończy.

- Rozumiem... - westchnęłam - Jednak właśnie przyszła mi na myśl pewna kwestia: w końcu wasi przeciwnicy to pół-smoki, pół-ludzie. Czy to nie oznacza, że pani Chikyuu teoretycznie mogłaby interweniować?

Akili uśmiechnął się z przekąsem.

- Izumi... A kim są syreny i trytony pana Maji'ego? Kim są powietrzne duchy pani Hewy? Czyż wszyscy oni nie są w połowie ludźmi? - zapytał retorycznie - Jednak z tych wszystkich stworzeń pierwsi byli ludzie, których stworzyła sama pani Ardhi. Reszta, humanoidalne eksperymenty, która nie pochodzi od niej, to tylko kopia lub nawet parodia jej dzieła.

- Nigdy tak o tym nie myślałam... - przyznałam.

- Widzisz, właśnie tak jest - odrzekł Akili - Ja i ty pochodzimy w pełni od pani Ardhi. Nie jesteśmy bezczelnymi plagiatami lub nawet umówioną kolaboracją - stwierdził, a widząc moje zmieszanie, kontynuował - Bowiem rodzeństwo wielmożnej pani Ardhi ukradło jej pomysł. Stworzyli swoje własne istoty na podobieństwo ludzi, nie pytając o zgodę prawowitej autorki. Pff, śmieli je jeszcze połączyć w komiczne hybrydy z tym, co akurat udało im się stworzyć samodzielnie.

- Więc żadne z nich nigdy nie współpracowało przy dziele stworzenia? - dociekałam.

- Ależ nie, czasem dobrowolnie łączyli swoje siły - odpowiedział Akili - Jednak pani Ardhi wciąż ma żal do swojego rodzeństwa, że wykorzystało jej pomysł bez zgody.

Milczałam. Ciężko było mi współczuć Chikyuu po tych wszystkich niemiłych starciach z nią, jednak wyobrażałam sobie, jak musiała się czuć, gdy jej własne rodzeństwo podebrało jej oryginalny pomysł. Daisuke często oskarżał mnie o „papugowanie", kiedy byliśmy mali. Gdy to robił, zwykle słyszałam gorycz w jego głosie, ale niezbyt rozumiałam, dlaczego był taki zły. Przecież chciałam tylko być jak mój ukochany brat, dlatego naśladowałam wiele rzeczy, które robił. Ciekawiło mnie, czy sytuacja wyglądała podobnie również u strażników żywiołów.

Po jakimś czasie, gdy już oboje zdążyliśmy odpocząć po ucieczce, Akili zaproponował, byśmy przeprawili się dalej przez podziemną grotę, w stronę powierzchni. Powiedział też, że tunel jest dosyć długi, ale postara się poprowadzić mnie najkrótszą możliwą drogą. Zgodziłam się na taki układ i podążyłam za nim.

 

~*~

 

Grota przywodziła mi na myśl wspomnienia z Podziemia, na co momentami reagowałam wzdryganiem się. Zdecydowanie wolałam być na powierzchni, jednak z drugiej strony starałam się spojrzeć na to miejsce inaczej. W końcu ta podziemna grota stanowiła teraz dla nas schronienie przed tym, co działo się nad nią. Akili i jego lud został stworzony z kamienia, a więc prawdopodobnie najbezpieczniej czuli się blisko ziemi. Z tego, co widziałam, zbudowali dosyć zawiłą linię podziemnych tuneli, ale na szczęście Akili orientował się w nich doskonale. Skoro panowała wojna, pewnie często się tędy przemieszczali. W istocie spotkaliśmy kilku skalnych ludzi po drodze. Jedni z nich tylko opowiadali sobie nawzajem o nagłym ataku, inni planowali dywersję, a jeszcze inni chcieli po prostu się schronić. Głęboko współczułam im wszystkim.

Spojrzałam na Akilego, a właściwie na tył jego karku, skoro szedł przede mną, i zaczęłam rozmyślać, czy martwił się o siostrę. Phiri była dowódcą oddziału i pewnie świetnym wojownikiem, jednak zawsze mogło jej się coś stać. Akili widocznie postanowił skupić się na zadaniu, które mu powierzyła, czyli opiece nade mną, jednak wierzyłam, że nie miał serca z kamienia (to był okrutny i słaby żart, przyznaję).

Kiedy wreszcie wydostaliśmy się z powrotem na powierzchnię, moje oczy musiały na nowo przyzwyczaić się do światła słonecznego. W grocie było także znacznie chłodniej niż tutaj. Spojrzałam na Akilego, który rozglądał się wkoło. Nie byłam pewna, jaki dystans pokonaliśmy, ale nie słyszałam już okrzyków walki ani nie widziałam żadnych jej śladów.

- Dobrze, skoro już jesteśmy z powrotem na lądzie - podjął Akili - Spróbujemy wezwać panią Ardhi. Lepiej, żebyś wracała już do domu, Izumi.

- Dziękuję za zrozumienie - uśmiechnęłam się do niego, niepewna jednak, czy wezwanie Chikyuu naprawdę pomoże.

Ledwo co wypowiedziałam te słowa, dostrzegłam przed nami jakiś niebieski kształt. Krzyknęłam, zdając sobie sprawę, że był to pół-smok. Akili odwrócił się i również go dojrzał.

- Znowu on... - westchnął - Stój tu, Izumi. Nie zaatakuje nas, jednak nie ufam mu całkowicie.

Akili zostawił mnie i wyszedł naprzeciw niebieskiemu pół-smokowi. Spotkali się wpół drogi i zaczęli o czymś dyskutować w obcym mi języku. W trakcie ich konwersacji przyjrzałam się nieznajomemu.

Pół-smok był bezskrzydły, dosyć wysoki i szczupły, z niebieską skórą gdzieniegdzie pokrytą czarnymi łuskami. Jego związane w luźny kucyk włosy były długie do łopatek i miały szafirową barwę. Na twarzy nosił bandanę zasłaniającą jego nos i usta. Na pierwszy rzut oka wyglądał raczej groźnie, ale ton jego głosu był spokojny i ciepły. Mimo to Akili wyglądał na lekko zirytowanego podczas tej rozmowy. Żałowałam, że nie rozumiałam, o czym tak rozprawiali.

W pewnym momencie obaj zamilkli na chwilę i spojrzeli na mnie. Akili westchnął i odwrócił się z powrotem w moją stronę.

- Izumi, to jest Jaz - wyjaśnił - Pół-smok, który deklaruje się być po naszej stronie... Usłyszał o przybyciu człowieka na nasz teren i w dodatku uparł się, by biec do mojej siostry z pomocą.

- Drogi Akili - odezwał się Jaz po angielsku, widocznie chcąc, bym i ja go zrozumiała - Oczywiście, że chciałbym pomóc Phiri, ale również i całemu twojemu ludowi. Wszak nie tylko ona jest w niebezpieczeństwie... Przyznaj, przydałby się dodatkowy uzdrowiciel.

Akili uniósł oczy ku niebu, wyraźnie nie chcąc przyznać mu racji.

- Nie mam nawet pojęcia, co teraz dzieje się w wiosce - odparł Akili - Cały czas zajmowałem się Izumi, a teraz chcemy wezwać panią Ardhi.

Jaz uniósł brwi do góry.

- Ukazał mi się jej portal, a potem znalazłam się tutaj... - dopowiedziałam, mając już powoli dosyć tłumaczenia tej historii po raz kolejny.

- Jeżeli chcecie to uczynić, potrzebna wam będzie ofiara - zauważył Jaz, a Akili parsknął w zirytowaniu.

- Co ty nie powiesz? - prychnął - Może lepiej zaproponuj, co mogłoby nią być.

- Jeśli mogę się wtrącić... - podjęłam, a Jaz i Akili równocześnie się na mnie spojrzeli - Gdy próbuję wezwać Mizu... Pana wody, wtedy podarowuję mu coś do jedzenia lub wołam go przy zbiorniku wodnym.

Nie chciałam zamiast tego mówić: „krzyczę w wodę", ale zazwyczaj tak to właśnie wyglądało. Akili roześmiał się, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście nie wypowiedziałam na głos tej wersji.

- Izumi, nie obraź się, proszę, ale tak prymitywne sposoby na panią Ardhi na pewno nie zadziałają - odezwał się nieco górnolotnie, a ja chyba jednak trochę się obraziłam. Sorry, Akili - Oprócz ofiary musimy jeszcze ułożyć interesującą formułę przyzywającą lub coś zaśpiewać. Warto też dodać taniec, pani Ardhi uwielbia tańce.

Miałam ochotę zaśmiać mu się w twarz, ale dostrzegłam, że Jaz tylko przytakiwał mu w pełnym skupieniu i z powagą. Nie no, naprawdę, żartujecie sobie ze mnie? Może jeszcze zamówię tu całą ekipę taneczną z gotową choreografią i napiszę scenariusz na pięć aktów? Chikyuu, proszę cię, choć raz nie stwarzaj problemów!

Westchnęłam głęboko.

- Więc... Co robimy? - zapytałam, trochę bojąc się odpowiedzi.

Akili zrobił zamyśloną minę.

- Na początek dobrze by było zorganizować jakąś ofiarę - odrzekł po chwili i rozejrzał się po lesie.

- Jakie, umm... ofiary preferuje pani ziemi? - zadałam pytanie - Czy musimy zabić jakieś zwierzę?

Jaz spojrzał na mnie, marszcząc czoło.

- To nie będzie konieczne - odparł - Chyba, że planujemy przyzwać jej wojownicze oblicze.

- ...a tego, jak tłumaczyłem, zrobić nie możemy - dokończył Akili, patrząc na mnie z podobną miną do Jaza - Doprawdy, Izumi, masz w sobie takie myśliwskie instynkty?

Zawstydziłam się.

- Słuchajcie... Mówiliście, że panią ziemi nie jest tak łatwo zadowolić - powiedziałam bardzo powoli.

- To nie tak, ona po prostu stawia na oryginalność i jakość - sprostował Akili.

Jaz przyjrzał mi się uważniej.

- Jesteś ciekawa - zwrócił się do mnie, a ja spojrzałam na niego pytającym wzrokiem - Niby znasz się na tych sprawach, ale jednak nie do końca...

Westchnęłam.

- Z nich wszystkich najczęściej mam do czynienia z Mizu, panem wody - wyjaśniłam - Nigdy nie wzywałam nikogo innego prócz niego.

- Ach, pan Maji... - odparł Jaz - Bez urazy, ale to trochę dziwne, że się z nim zadajesz, skoro pochodzisz od pani Ardhi.

- Jestem powierniczką mocy pana Mizu... - sprostowałam, a w oczach Jaza pojawiło się zaintrygowanie.

- Powierzył swoją moc istocie, która od niego nie pochodzi... - odparł w zamyśleniu - Doprawdy, nigdy nie potrafię go zrozumieć.

Od razu pomyślałam, że przecież Kasai też to zrobił, ale zdałam sobie sprawę, że Sabine była również po części smokiem. Podzielając zamyślenie Jaza, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego właściwie Mizu nie uczynił powiernikiem swojej mocy nikogo z własnych poddanych. Czy był aż do tego stopnia samotny, czy powód leżał gdzieś indziej? Nasza znajomość była dziwna - wydawało mi się, że nie był mi obcy, jednak tylu rzeczy o nim jeszcze nie wiedziałam lub nie rozumiałam. Z drugiej strony, czemu ja się dziwiłam? Przecież on żyje od początków świata, więc poznanie go stanowi niemałe wyzwanie!

- Może w gruncie rzeczy i tak wie, że dzieła pani Ardhi są najlepsze - stwierdził Akili z dumą - Dobrze, więc teraz zostawmy pana Maji'ego i pomyślmy, jak przywołać panią Ardhi...

- Chciałabym po prostu ją zawołać... - mruknęłam pod nosem, czego natychmiast pożałowałam, gdyż Akili znów rozpoczął swój wykład na temat tego, jak Chikyuu była wspaniała i oryginalna i że mogłabym ją tylko urazić.

Spojrzałam na Jaza porozumiewawczo, a on odpowiedział wyrozumiałym spojrzeniem, jak gdyby był już do tego przyzwyczajony. Rozbudowaną wypowiedź Akilego przerwał jednak niepokojący hałas - trzepot skrzydeł, który zaniepokoił nas wszystkich w tej samej chwili.

Jaz spojrzał na Akilego i wypowiedział jakąś nazwę, która brzmiała jak słowo w ich języku. Pospiesznie skierowali się w moją stronę, oznajmiając, że czas się ewakuować, gdy nagle otoczyły nas fioletowo-zielone płomienie. Zawołałam w panice, a Akili wypowiedział słowo w swoim języku, które, jak się domyślałam, nie było zbyt pozytywne. Obaj utkwili wzrok w jednym punkcie. Kiedy odwróciłam się, ujrzałam, co, a raczej kto, przykuł ich uwagę.

Przed nami w powietrzu unosił się pół-smok, który wyglądał nieco jak Jaz w wersji fioletowej. Tego koloru były jego włosy oraz skóra. Jego skrzydła również były fioletowe, a przy końcach jaskrawozielone. W takim odcieniu zieleni były również jego iskrzące tęczówki oczu. Wpatrywał się w nas jak w ciekawą zdobycz. Akili krzyczał coś do niego w ojczystym języku. Pół-smok zignorował go i przeniósł uwagę na mnie. Jego twarz wykrzywiło dziwne zainteresowanie moją osobą, które było zdecydowanie niepokojące.

- Izumi, musimy jak najprędzej uciekać... - zwrócił się do mnie dyskretnie Jaz, co usłyszał również nieznajomy.

- Och... - przemówił szorstkim głosem - Tak sądziłem, że nie pochodzisz stąd, dziewczynko - stwierdził pół-smok po angielsku i wyszczerzył kły w niepokojącym uśmieszku - Tym ciekawiej... Nieznajoma, lecz widać ważna dziewczyna, brat dowódcy oddziału oraz mój kochany braciszek...

Spojrzałam na Jaza, a później na nieznajomego. A więc podobieństwo, które między nimi zauważyłam, nie wynikało jedynie z faktu, że obaj byli pół-smokami.

Brat Jaza zniżył się nieco w powietrzu i wlepił we mnie przenikliwe spojrzenie.

- Żebyś wiedziała, przez kogo zostaliście pokonani... - odezwał się - Jestem Joto. Zapamiętaj to imię przed śmiercią.

To powiedziawszy, roześmiał się skrzekliwie i wystrzelił kolejnymi płomieniami w naszą stronę. Pisnęłam i odskoczyłam, a Akili i Jaz osłonili mnie. Skuliłam się między płomieniami, które wciąż się rozprzestrzeniały. Nagle dostrzegłam nowe, o niebieskiej barwie. Kiedy się wymieszały, zauważyłam, że gasiły one płomienie Joto. Mimowolnie pomyślałam o Mizu, ale zaraz potem ujrzałam Jaza, który kontratakował niebieskim ogniem. Zwalczał w ten sposób ataki Joto oraz torował Akilemu drogę przez trujące płomienie.

Rozglądałam się gorączkowo dookoła. Czułam się bezużyteczna, stojąc tak za nimi i będąc tylko ratowaną, a nie ratującą. Chciałam przyzwać Mizu, ale Akili zakazał mi sięgać po pomoc od rodzeństwa. Joto ciskał w nas płomieniami, a Jaz i Akili zręcznie mnie przed nimi osłaniali, kontratakując przy okazji. Akili wyciągnął rękę i tupnął nogą, a z ziemi wtem wyskoczyły skały, formując się w miecz. Broń wylądowała od razu w jego dłoni i natarł na Joto. On natomiast wyglądał, jakby tylko bawił się z nami w berka.

- Naprawdę sądzisz, że pokonasz mnie tym mieczykiem? - roześmiał się Akilemu w twarz, po czym wzbił się wyżej w powietrze i zaatakował strumieniem trującego ognia.

Jaz rozpostarł ręce i utworzył niebieską zasłonę z płomieni, która uchroniła Akilego przed trucizną. Ten wyglądał na nieco urażonego, gdyż właśnie przed chwilą mierzył mieczem do kontrataku.

- Nie ma za co! - odkrzyknął ironicznie Jaz, po czym na chwilę odwrócił się w moją stronę, by sprawdzić, czy wszystko ze mną w porządku, a następnie wrócił do odpowiadania na ataki swojego brata.

- Ty bezskrzydła larwo! - zaśmiał się Joto, lawirując w powietrzu i szukając miejsca do ataku - Przeciwstawiasz się mnie? Jakie to zabawne, interesujące... Zdrajca! - wrzasnął i cisnął w brata ognistą kulą - Odwróciłeś się od swego narodu, w imię czego?!

- To, co robimy, jest złe! - zawołał Jaz, tworząc w powietrzu płomienny krąg, który pochłonął ogień Joto - Zamierzam pomóc skalnemu ludowi odzyskać ziemie, które należą do niego!

Z tyłu Akili atakował mieczem, o który rozbryzgiwały się trujące płomienie. Gdy Joto nieco się zniżył, ciskając obelgami w brata w ich własnym języku, Akili celował mieczem pomiędzy jego skrzydła i już przymierzał się do ataku. Jaz zauważył to kątem oka i przeraził się.

- NIE! - wrzasnął na Akilego, a on spojrzał na niego, zdezorientowany.

Joto szybko odwrócił się i uniósł się gniewem.

- Czy ty właśnie, kupo kamieni, próbowałeś odciąć moje skrzydła?! - ryknął przeraźliwym głosem i nabrał powietrza w płuca, by za chwilę zionąć ogromnym strumieniem fioletowo-zielonego ognia.

Krzyknęłam w przerażeniu, patrząc, jak Akili próbuje odeprzeć atak jedynie swoim mieczem, a Jaz momentalnie rzuca się pomiędzy nich, rozkładając szeroko ręce i tworząc przy tym wielką, płomienną tarczę. Jego bandana zsunęła się i opadła z twarzy, ukazując szczękę pokrytą czarnymi łuskami. Wyglądała przy tym na nieco zdeformowaną, co sprawiło, że wyobraziłam sobie, że jego własny brat go tak urządził. Patrząc na nich teraz, stwierdziłam, że wcale nie było to niemożliwe.

Bałam się, obserwując to wszystko i błagając w myślach, aby był to tylko koszmar. Zacisnęłam powieki i załkałam ze strachu.

- Chikyuu... - wyszeptałam, nawet nie słysząc własnego głosu przez ten cały chaos - Chcieliśmy ci złożyć ofiarę, ale nie pozwól, by stał się nią jeden z twoich podwładnych... - opadłam na kolana i w bezradności chwyciłam grudkę ziemi - Nie zatańczę dla ciebie ani nie ułożę pięknego śpiewu w tej beznadziejnej chwili, ale błagam... Jeżeli możesz nam pomóc, pojaw się tu.

Otworzyłam oczy, spoglądając raz jeszcze na całą sytuację. Joto nie przestawał ziać ogniem, wprowadzony w absolutną furię. Akili był ranny, trucizna go dosięgła. Jaz dzielnie tworzył coraz to nową osłonę, ale każda była mniejsza i słabsza. Wszystko zwolniło bieg, w uszach słyszałam już tylko krzyki i szum. Ogarnęły mnie żal i złość. Zacisnęłam zęby i wyrzuciłam grudkę ziemi z dłoni. Podniosłam się i spojrzałam na Joto tak intensywnie, że poczułam, jak gdyby ostrość mojego wzroku w całej rozdzielczości HD skupiła się tylko na nim.

- HEJ, TY, NĘDZNA, TRUJĄCA PODRÓBKO AKUMU - krzyknęłam tak głośno, że sama nie poznałam swojego głosu.

Efekt był natychmiastowy. Joto przestał ziać ogniem i odwrócił się gwałtownie w moją stronę. Wyglądał tak, jak gdyby teraz dopiero przypomniał sobie, że też tu byłam. Zacisnęłam pięści.

- No i co się tak jeszcze głupio patrzysz? - syknęłam - Słuchaj, mam dość. Poszłam sobie do łazienki z zamiarem umycia się i następnie pójścia spać, a tu nagle pojawia się jakaś zielona dziura i wsysa mnie całą, a potem pojawiam się tu, w tej cholernej dżungli, gdzie na dodatek jest wojna! Czy ty masz pojęcie, jak zmęczona jestem?! I brudna, brudna po całym dniu, potem przez ciągłe uciekanie przed ogniem i w ogóle ten klimat! Wiesz, jak śmierdzę i się lepię?! Nie chcesz wiedzieć! W dodatku nie mogę wrócić do domu, bo ta cholerna Chikyuu nie chce przyjść, bo przecież nie wystarczy jej zwykła ofiara, tylko muszę przedtem wstąpić do cyrku chyba, wynająć cały zespół taneczny i dobrze by było jeszcze jakiś catering załatwić, no bo może się obrazić cholera wie czym! A nie mogę jej teraz wezwać, bo przyzwę jej wojownicze oblicze, czego zrobić nie mogę, bo porozwala tych waszych smoczych najeźdźców i będzie miała przez to problemy u Kasai'a, a ja już więcej problemów nie chcę, dziękuję, nie lubię!

Wykrzyczałam to wszystko z siebie, trzęsąc się i żywo gestykulując, aż zabolało mnie gardło i chyba będę miała zakwasy. Joto wisiał w powietrzu, Akili leżał ranny, a Jaz wciąż go osłaniał. Wszyscy trzej jednak gapili się na mnie, całkowicie zdezorientowani. Oddychałam ciężko i sama poczułam się, jakbym nie wiedziała, w jakim w ogóle uniwersum się znajdowałam. Nagle ziemia pod nami zaczęła lekko drżeć i usłyszałam szum dobiegający z oddali.

Obróciłam się i ujrzałam wojowników z Phiri na czele. Zbliżali się do nas z zawrotną prędkością, jadąc na kamiennych nosorożcach, których tętent dudnił i trząsł całą ziemią. Obejrzałam się gorączkowo i odbiegłam na bok, by usunąć się z drogi.

Phiri wyglądała na zawziętą i zwartą do ataku. Uniosła swoją broń w górę i krzyknęła coś w swoim języku, co ewidentnie brzmiało jak rozkaz. Wojownicy wystrzelili w stronę Joto strzały z kamiennymi grotami, do których przymocowano lśniące liny. Joto nie zdążył uciec. Liny spętały go i zawisł w powietrzu, jak w lewitującej klatce. Zastanawiało mnie, z czego były wykonane te liny, ale nie miałam czasu tego rozważać. Popędziłam ku Jazowi i Akilemu.

- Oddychaj, spokojnie - przemówił Jaz, rozpalając na dłoni błękitny płomień.

Ogień zszedł z jego ręki, jak gdyby był samodzielną istotą, i przeszedł na Akilego, zatrzymując się na jego ranach. Na jego twarzy od razu wymalowało się uczucie ulgi.

- Izumi... Dobrze się czujesz? - zapytał Jaz delikatnym tonem.

Zawstydziłam się.

- Ze mną wszystko w porządku... Nie mam żadnych fizycznych obrażeń - odpowiedziałam, nieco zakłopotana, i spojrzałam na oddział Phiri.

Wojownicy zatrzymali nosorożce i zsiedli z nich. Pilnowali Joto, który szamotał się w linach, ale nie mógł rozpalić ognia. Phiri zeskoczyła ze swojego nosorożca i podbiegła do nas, a następnie kucnęła przy bracie.

- Akili, jak się czujesz? - spytała troskliwym, spokojnym głosem, zupełnie nie brzmiącym jak waleczny dowódca oddziału, a jak kochająca siostra.

- Trucizna powoli ustaje - odparł Akili i zdobył się na uśmiech - Nie martw się... Jaz - zwrócił się do pół-smoka, poważniejąc - Dlaczego mnie powstrzymałeś?... Nie chciałem go zabić, chciałem mu odebrać skrzydła...

Jaz naciągnął bandanę z powrotem na twarz.

- Brak skrzydeł czyni nas niższymi w hierarchii... - wyjaśnił - Ja urodziłem się bez skrzydeł, ale jeśli Joto zostałyby one odebrane, byłby traktowany jeszcze gorzej niż ja. Mimo wszystkich okropności, które czyni, Joto dalej jest moim bratem... Do końca życia czułby się jak kaleka. Nie chcę takiego losu dla niego.

Pomyślałam o Mizu i Kasai'u, którzy również byli skłóconymi braćmi. Sytuacja niby podobna, ale zastanawiałam się, czy byliby zdolni do tego, co zrobił Jaz dla swojego brata.

- Jaz... - odezwała się Phiri - Jesteś bardzo szlachetny.

Spojrzała na niego tak, jak gdyby nikogo więcej poza nimi dwojgiem nie było, jednak od razu najwidoczniej przypomniała sobie o całej reszcie.

- Akili, zaraz cię stąd zabierzemy - oznajmiła - Joto natomiast... - spojrzała na spętanego pół-smoka - Jaz, czy mógłbyś z nim porozmawiać? Myślę, że potrzymamy go trochę, aż się uspokoi...

Jaz kiwnął głową.

- Nie wiem, czy to coś da, ale dziękuję za tę możliwość - odrzekł - Może wreszcie uda mi się przemówić bratu do rozsądku.

Phiri uśmiechnęła się w odpowiedzi, a ja zauważyłam, jak Akili wywraca oczami.

- Izumi - zwróciła się do mnie Phiri - Przepraszam, że musiałaś tyle czekać. Od razu zajmujemy się przyzwaniem pani ziemi.

Ledwo to powiedziała, nagle Chikyuu pojawiła się obok nas.

- Jestem - oznajmiła zupełnie tak, jak kiedy spotkałam ją za pierwszym razem.

Wszyscy spojrzeliśmy na nią w niemałym zdumieniu. Stała przed nami w postaci dość nietypowej. Jej uszy wyglądały jak te u rysia, a oczy jak u kota. Nos był psi, nogi antylopie i do tego wilczy ogon. Brązowe włosy były związane w wysoki kucyk. Chikyuu była ubrana w krótką, zieloną sukienkę o strukturze liścia.

Patrzyła na nas jakby w zamyśleniu, a na jej twarzy malował się spokój. Oddychała równo i głęboko, jakby chłonęła otoczenie całą sobą. Skalny lud wraz z Jazem oddał jej pokłon. Spojrzałam na nią nieco zmieszana, a na pewno zadziwiona, i podeszłam bliżej, by się z nią skonfrontować.

- Czy to przypadek, że tutaj jesteś? - zapytałam spokojnie.

Uśmiechnęła się lekko. Patrzyła na mnie tak spokojnym wzrokiem, że poczułam jeszcze większą ochotę zakopania się w pościeli i zaśnięcia.

- Przecież mnie wezwałaś, Izumi - oznajmiła półgłosem.

Przez chwilę zastanawiałam się, czy to na pewno była Chikyuu, skoro odnosiła się do mnie z takim spokojem. Konfrontacja z nią była co najmniej dziwna.

- Usłyszałam twój szept, łkanie o pomoc - ciągnęła - A więc przyszłam. W końcu jesteś moim dzieckiem... Bardzo niewdzięcznym i nieposłusznym, ale to ja stworzyłam twój gatunek i za niego odpowiadam.

- Nie rozumiem... - zmieszałam się - Owszem, wzywałam cię, ale nie złożyłam żadnej ofiary ani nie odprawiłam rytuału...

Znów się uśmiechnęła, a ja miałam wrażenie, że w myślach mnie wyśmiewała.

- Rzuciłaś grudę ziemi, to wystarczyło - zapewniła, a ja tylko bardziej się zmieszałam.

- Czyli pojawiłaś się tu od razu, gdy cię wezwałam?

- Tak, ale ty zauważyłaś mnie dopiero teraz.

Obejrzałam się, jakbym chciała zapytać: tylko ja? Miny moich towarzyszy przekonały mnie jednak, że nie byłam jedyna.

- Stałaś... i czekałaś? - zapytałam, przypominając sobie naszą pierwszą rozmowę.

- To najlepsza taktyka - odpowiedziała tak jak wtedy, kiwając głową - Dobrze, droga Izumi... Odprowadzę cię teraz z powrotem do domu. Chodź ze mną, musimy porozmawiać.

To powiedziawszy, pożegnała swoich podwładnych ciepłym uśmiechem i uniesioną ręką, a później odwróciła się i ruszyła przed siebie. Pozostawało mi tylko pożegnać się i pójść za nią.

 

~*~

 

Szłyśmy w głąb dżungli, a postać Chikyuu się zmieniała. Powoli traciła zwierzęce części ciała, przypominając znów człowieka. Wciąż była oazą spokoju i opanowania. Szłam u jej boku, analizując jej zachowanie.

- To mój portal cię tu sprowadził - oznajmiła - Ale to nie ja go stworzyłam. To znaczy, nie zamierzałam. Myślę, że już doskonale wiesz, że moc mojego brata jest niestabilna. To samo dzieje się ze mną, złotko - przyznała, spoglądając na mnie z żalem w oczach - Widziałaś Wieczną Wiśnię, która nie kwitnie? Kolejny dowód na to, że z moją mocą nie jest zbyt dobrze. Nawet moja powierniczka mocy to pokazuje.

- Twoja powierniczka mocy?... Kto? - zaciekawiłam się.

Chikyuu znów się do mnie uśmiechnęła, z życzliwością oraz politowaniem jednocześnie.

- Już powiedziałam. Wiśnia.

Informacja ta mnie co najmniej zdziwiła. Miałam ochotę skomentować to niegrzecznym „aha", ale się powstrzymałam.

- Przepraszam cię za ten incydent - rzekła - Oraz za monitorowanie twojego zachowania. Ciągle nie mam pewności, czy to z twojej winy przepowiednia się wypełnia. Na razie nie mam podstaw, by cię oskarżać. Tak myślałam, bo tylko po Mizu było widać utratę kontroli, ale skoro mnie też to spotyka...

W myślach odtwarzałam jej wypowiedź jeszcze raz, dla pewności, że się nie przesłyszałam.

- Czyli... Zawieszenie broni?

Chikyuu zaśmiała się krótko.

- Nazwijmy to tak - stwierdziła - Przyznam, trochę napuściłam Kasai'a na ciebie. Porozmawiam z nim... Może się uspokoi, ale nie obiecuję. Jest nieprzewidywalny, co sama doskonale wiesz. Ja na razie się wycofuję. Mam teraz zdecydowanie zbyt wiele na głowie, żeby jeszcze zajmować się tobą, Izumi.

- Dzięki?... - zmieszałam się - Spokojnie, ja do ciebie też nic nie mam, kiedy nie nachodzisz mnie znienacka i wysyłasz szpiegów, by mnie obserwowali...

Nie zareagowała na to, co powiedziałam. Mimo bijącego od niej spokoju, wyglądała, jak gdyby cały czas coś ją męczyło.

W pewnym momencie się zatrzymała i zamknęła na chwilę oczy. Gdy je otworzyła, wyciągnęła przed siebie rękę i z jej dłoni wydobyła się zielonkawa poświata, która stopniowo rosła. Zdecydowanie przypominało to portal, który pojawił się w mojej łazience.

- Niedługo będzie gotowy - oznajmiła Chikyuu - Wrócisz do domu.

Skinęłam głową, zerkając na panią ziemi. Chciałabym umieć czytać w myślach.

- Czy... Nie wiesz, co z Mizu? - zapytałam z nadzieją, że wszystko było w porządku.

Ona jednak pokręciła głową.

- Przepraszam, ale nie kontaktowałam się z nim ostatnio - odpowiedziała ponuro - Wiem tylko, że słabnie i walczy. Wygląda na to, że zaszył się w jednej ze swych siedzib, dokąd nie mam dostępu.

Mimo że nie oczekiwałam czegoś wielkiego, poczułam rozczarowanie. Wiedziałam, że Chikyuu i Mizu nie mieli zbyt silnych relacji, jednak miałam cień nadziei, że się czegoś dowiem.

- Nie przywiązuj się tak do mojego brata, Izumi... - dodała po chwili Chikyuu ze zmartwieniem - Ani do reszty mojego rodzeństwa. Oni potrafią być podli, egoistyczni... Przemilczą prawdę dla własnej korzyści.

- Czujesz do nich o coś żal? - odważyłam się zapytać, przypominając sobie słowa Akilego.

Chikyuu westchnęła. Jej twarz wyglądała mizernie, jakby miała się zaraz rozpłakać. Po chwili portal był już gotowy i odsunęła od niego dłoń, a następnie przesunęła się, bym mogła wejść do środka.

- Już czas, wracaj do domu - odezwała się głosem, który zdawał się walczyć z emocjami.

Niepewnie zbliżyłam się do portalu i poczułam jego ssącą moc. Spojrzałam jeszcze na Chikyuu, zanim przez niego przeszłam.

- Oni ukradli mi was... Nigdy im tego nie wybaczę - usłyszałam jej łkający głos, gdy przekraczałam portal, a później oślepiło mnie światło i wszystko zniknęło z zasięgu mojego wzroku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz